Przejdź do głównej zawartości

Kremówka, Kalwaria i o tym jak nie stanęłam na Giewoncie [ZAKOPANE 2017]

17 lipca – kierunek Zakopane!

W Zakopanem ostatni raz byłam mając 9 lat. Teraz mam 19. Więc idealna pora, żeby wybrać to miejsce jako kierunek wakacyjnej podróży. Nie chcę, żeby ten wpis brzmiał jak bardzo szczegółowa relacja, ale niektórych elementów pewnie nie uniknę. Tak więc… 


Wyruszyliśmy z rodzinką o 5 rano. Ja, moja siostra i rodzice. Z oczywistych powodów nie będą pojawiali się na zdjęciach. Prywatność jest dla mnie czymś ważnym i chociaż mogę pisać na dosyć intymne tematy dotyczące tylko mnie i moich poglądów, to taka rzecz jak zdjęcia mojej rodziny – jest dla mnie nie do publikacji. 

Pierwszym postojem w drodze do Zakopanego były Wadowice. Nie byłam tam nigdy, chociaż chciałam się wybrać od dawna, głównie na najlepsze „papieskie kremówki”. No i łyknąć trochę z historii życia sławnego Polaka. Więc… Odwiedziłam dom rodzinny Jana Pawła II. Aktualnie funkcjonuje w nim muzeum, dosyć nowoczesne, bilet normalny to 20 zł, ale uważam, że warto zobaczyć.


Zjadłam kremówkę – ostatecznie nie była tak rewelacyjna jak się spodziewałam. Trochę zawiedziona ruszyłam w dalszą drogę. Z racji, że było to niedaleko, skręciliśmy jeszcze do Kalwarii Zebrzydowskiej. Dosłownie na sekundę weszliśmy do kościoła, bardziej z potrzeby moich rodziców niż mojej – nie jestem religijna, a sam budynek, choć ładny, nie zrobił na mnie piorunującego wrażenia.

Każdy taki postój zajął nam jednak chwilę, więc do naszego miejsca noclegowego dotarliśmy dopiero koło 17. Z jednej strony dobrze – uniknęliśmy największych korków w kierunku Zakopanego. Z drugiej strony, nie mięliśmy czasu na jakiekolwiek dodatkowe atrakcje na miejscu.

Nocleg zarezerwowaliśmy w pokojach gościnnych „U Sobali”, przez booking.com, 12 km od Zakopanego. Bardzo czyste, schludne pokoje, przyjemna pani właścicielka, w pobliżu restauracja i sklep spożywczy. I jest tanio (25 zł/osobę) – więc zdecydowanie mogę polecić.


Na kolację wybraliśmy się właśnie do pobliskiej restauracji „Szara Góra”. Po drodze minęliśmy dużo pastwisk z owieczkami i baranami. Na zakąskę oscypek. W końcu poczułam, że… kurczę, jestem w górach! Restaurację także polecam – dobre, domowe jedzenie. Może mało typowo regionalnych przysmaków, ale poza tym rewelacja. Zwłaszcza zupy – pierwszego dnia wybrałam zupę kalafiorową z makaronem.


18 lipca – idziemy podbijać szczyt!

Jako pierwszy (i jak się okazało – niestety ostatni) cel wspinaczkowy wybraliśmy Giewont! Z racji, że moi rodzice nie mają najlepszej kondycji, zdecydowaliśmy się na niebieski szlak – podobno najłagodniejszy. Z Kuźnic do samego szczytu zeszło nam się 3,5 godziny… więc jeśli ktoś się wybiera, warto pamiętać, że jest to podróż na cały dzień.


Sama droga, jak wiadomo, nie jest niczym, co mogłabym wam zrelacjonować. Odczuć potęgę gór i zachwycić się pięknem widoków należy samemu. Tego nie oddają nawet zdjęcia.


Chciałabym się z wami jednak podzielić historią z samego szczytu. Wyjaśnieniem tytułu – dlaczego nie stanęłam na Giewoncie? Na szczycie byłam, mimo że ostatnie metry były dla mnie bardzo trudne. Końcowy odcinek człowiek pokonuje trzymając się żelaznych łańcuchów i dosłownie wspinając, a nie tylko spacerując. Ćwiczę, mam dobrą kondycję, więc teoretycznie nie powinno być żadnego problemu… a problem był ogromny. Odezwał się (zazwyczaj milczący) lęk wysokości.


Jestem „strachajło”, chociaż staram się z tym walczyć. Góry przeraziły mnie jednak tak bardzo, że zaczęłam blokować kolejkę na szczyt. Ostatecznie weszłam (nie miałabym nawet możliwości się cofnąć), ale obok znanego wszystkim krzyża nie stanęłam. Siedziałam przez całe kilka minut, które tam spędziłam <na zdjęciu zaznaczona czerwonym kółkiem>


Czy żałuję? Cholernie. Nie był to ostatni raz, kiedy poczułam się na tym wyjeździe bezbronna i przerażona. Trochę przykre, lecz dzięki uświadamianiu sobie wszystkich lęków wiem, że powinnam z nimi walczyć. Ale o tym jeszcze w następnych wpisach.


Wejście na Giewont nauczyło mnie jeszcze jednego – nigdy więcej nowych, niechodzonych butów na dłuższą wyprawę. Mimo że w planach miałam jeszcze inne szczyty, po pierwszym dniu było to po prostu niemożliwe. Odciski na piętach i koło palców… Ajjj ;(
Cóż, człowiek uczy się na błędach.


Po zejściu z Giewontu – obiadokolacja w karczmie „U Słodkiego”. Znalazłam masę pozytywnych recenzji w internecie oraz całkiem niedrogie menu, więc właśnie tam się wybraliśmy. Zmęczona i głodna zamówiłam pizzę, bo dobrej pizzy nigdy za dużo. A ta była rewelacyjna. Spróbowałam też dań od rodziców i siostry, więc ogólnie mogę stwierdzić, że smak potraw tam jest świetny. Ale to, co nie daje mi spokoju – to czas oczekiwania. Ponad godzina czekania po wymęczającej, górskiej podróży? Tego się nie spodziewałam i prawie umarłam z głodu przy stoliku, a co dopiero moja siostra, która czekała półtorej godziny…


Wchodziliście na Giewont? Byliście w którymś z opisywanych przeze mnie miejsc?
No i ogólnie, jak wam mijają wakacje? Czekam na komentarze ;)

Do następnego!

Komentarze

  1. Ale piękne zdjęcia :) Ja wciąż czekam, aż pogoda będzie lepsza :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak na zdjęcia robione telefonem jestem naprawdę zadowolona :D A z pogodą mi się udało - akurat przed tymi burzami, w ciągu dnia około 28 stopni :D

      Usuń
  2. Nie marzę o niczym równie mocno jak o Zakopanem. :D W te wakacje namawiałam rodziców na wycieczkę, ale jednak decydujemy się na Warszawę. Obiecali, że pojedziemy w nasze piękne góry, ale dopiero w zimę.
    Śliczne zdjęcia, wspaniałe przeżycia. Chciałabym kiedyś wybrać się na szczyt góry, chociaż raz. <3 I zjeść oscypka, haha. :D
    Czekam z niecierpliwością na kolejne wpisy z tej serii. Uwielbiam twojego bloga i czytam go od kwietnia (gdy na blogu Ani, która maluje pojawił się screen snapa z twoim adresem. Wystukalam nazwę bloga i przepadłam!) ale dopiero teraz odważyłam się skomentować. Tak trzymaj kochanie. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jejku, strasznie mi miło :3 Cieszę się, że w końcu skomentowałaś! :) Dziękuję i trzymam kciuki za wyjazd w góry (i za oscypki - mmm :3)

      Usuń
  3. Podoba mi się, zamysł na post, jak również zamysł, by po 1p latach powrócić chociaż na chwilę do Zakopanego. Ja byłam tam kilka razy, więc aż takiego porównania zrobić nie mogę. Miło się jednak czytało Twój wpis. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne zdjęcia, widoki boskie.

    Świetny pomysł !

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie spodziewałam się, że zdjęcia robione telefonem zostaną uznane za tak dobre :D Dziękuję! :)

      Usuń
  5. Zakopane to jedno z moich ulubionych miejsc w Polsce!!!
    Jest bajeczne każdą porą roku, niestety tak jak mówisz Pati, nie da się tego pokazać na zdjęciach. Trzeba tam być i poczuć klimat tego miejsca na własnej skórze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najgorzej jak robiłam zdjęcie naprawdę genialnego widoku, a na telefonie wyglądało to conajmniej przeciętnie... Najlepiej samemu się wybrać i zobaczyć 😊

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

5 grzechów blogera! Jak blogować, by ktoś nas czytał?

To już setny wpis na tym blogu! I choć ostatnimi czasy moja aktywność tutaj ogranicza się do jednego wpisu tygodniowo, to spokojnie - jestem, żyję. I w dalszym ciągu obiecuję, że częstotliwość pisania się poprawi. Mam burzliwy i bardzo wymagający czas w życiu, musicie mi wybaczyć.

Piszę bloga od 1,5 roku. Napisałam 100 tekstów. Nie jest to liczba zaskakująca, choć przyznaję, że powoli zaczyna napawać mnie dumą. Przez ten czas jednak popełniłam masę błędów, które widzę już teraz. Niektóre poprawiłam, z innymi dalej staram się walczyć.

W błędach nie ma nic złego - w końcu nikt mnie blogowania nie nauczył! Nikt nie odpowiedział na pytania: Jak blogować? Jak się promować? Jak zebrać grupę lojalnych czytelników? Ja postaram się dzisiaj, na własnym doświadczeniu, odpowiedzieć na pytanie: Jak NIE blogować? Czego uniknąć, żeby nie zaliczyć totalnej blogowej klapy.

Oto 5 grzechów głównych blogera!1. Nieregularne pisanie

Oj... najgorsze z przewinień, którego dopuszczam się cały czas. Bo nie mam…

10 rzeczy, na które warto wykorzystać wakacje (+konkurs!)

Przede mną długie miesiące wakacji. W zasadzie już jeden z nich mi zleciał, sama nie wiem kiedy. Jako tegoroczna maturzystka spotkał mnie w końcu przywilej czterech miesięcy wakacji! Póki co ich przebieg jest dość schematyczny, o czym mogliście przeczytać chociażby w podsumowaniu: 7DNI. Ale nie przesądzajmy, że reszta również taka będzie. Mam nadzieję, że do października uda mi się zrealizować, prócz pracy, jeszcze jakiś wakacyjny "goal".


A nawet jeśli nie - chciałabym podzielić się z wami moimi pomysłami na ciekawą aktywność wakacyjną. Na co wykorzystać te dwa (a dla niektórych więcej) miesiące swobody? Zapraszam do czytania wszystkiego, a dla niecierpliwych  tytułowy konkurs znajduje się na samym dole!

Nauka języka obcego

Jedna z lepszych rzeczy, które można zrobić w wakacje! Sama planuję rozpocząć coś od lipca (jeśli starczy mi czasu, bo wiadomo jak to z planami bywa). Możemy uczyć się angielskiego, niemieckiego lub... spróbować z czymś bardziej egzotycznym! Może arabski? …

7DNI - Pani redaktor opowiada o tym, jak zmieniła się w LENIA

Nie umiem w tytuły. Zawsze przy podsumowaniach tygodnia muszą wyjść jakoś dziwnie. Nic nie poradzę - w końcu treść się zgadza.

Zmieniłam się w olbrzymiego, śmierdzącego leniuszka. Przeglądam instasia, fejsbusia, oglądam "The Vampire Diaries". I coraz bardziej zapominam, że wystartowałam w maratonie i muszę zmierzać do mety, zamiast popijać co chwilę kawkę i się relaksować.


Ale to jest właśnie problem długiego, ambicjonalnego maratonu, jakim jest życie. W końcu nadchodzi moment zmęczenia i potrzeba zatrzymania się na moment. Mój postój teraz musi się skończyć, w przeciwnym wypadku zawalę kilka niesamowicie ważnych projektów. A wygrzebać się z problemów będzie dużo trudniej niż zapobiec im w tym odpowiednim momencie.

Ale to już kwestia przyszłości. A co wydarzyło się u mnie na przestrzeni ostatnich kilku dni?

Numer jeden - jestem panią redaktor, teraz już oficjalnie. Piszę o czymś, o co nikt nie mógłby mnie posądzać (ja sama nie sądziłam, że kiedyś będę się wypowiadała na takie…