Przejdź do głównej zawartości

7DNI - Przegrałam życie...

A konkretnie – przegrałam ten tydzień. Nie dosłownie, granie w gry już mnie tak nie bawi. „Przegrałam” w kontekście porażki.

Totalnej katastrofy.

Długo zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać. W końcu chciałabym zarażać ludzi tylko pozytywną energią. Co Wam da, gdy napiszę o lenistwie? O całkowitym zniechęceniu? I o wstydzie z tego wynikającym? Jednak po zrozumieniu pewnych rzeczy i wyciągnięciu z nich wniosków, postawiłam wam opowiedzieć co się działo.

A działo się niewiele. Praktycznie nic, bo w pewnym momencie po prostu zrezygnowałam z działania.


Znacie takie dni, kiedy jesteście od rana tak naładowani energią, że możecie góry przenosić? Kiedy nawet uciekający autobus nie jest w stanie zepsuć wam humoru, a na liście „to do” skreślacie jedną pozycję za drugą? Uwielbiam takie dni, prawdopodobnie jak każdy. Wrażenie, że wszystko się uda, że każda przeszkoda jest do pokonania, a świat stoi przede mną otworem.

W przypadku tego tygodnia spotkało mnie całkowite przeciwieństwo. Możliwe, że spowodowane jesienną chandrą. A może po prostu coś źle zrobiłam? Jedna nieudana rzecz za drugą, rezygnacja i lenistwo od czasu do czasu, aż spadła tych zachowań potężna, przygniatająca lawina. Świat stał przede mną otworem… ale zdecydowanie nie tym co chciałam, sami wiecie jakim.

Szłam do szkoły, bo musiałam. Wracając do domu nie musiałam już nic – więc nic nie robiłam. Miałam wystarczająco siły, żeby spełnić zobowiązania wobec innych: odrobiłam lekcje, posprzątałam w domu, pomogłam siostrze w nauce.

Nie miałam siły na to, żeby mobilizować się do samodzielnego działania. Do tego, żeby uczyć się dla siebie. Żeby pisać na blogu (od ostatniego podsumowania tygodnia nie pojawił się żaden nowy wpis). Żeby ćwiczyć, rozciągać się czy nawet ugotować sobie coś pysznego.

Odkładałam wszystko „na jutro”. Albo rezygnowałam, bo „i tak mi się nie uda”.


Wiem, że miały być pozytywne wnioski. Już do nich przechodzę, chciałam Wam po prostu nakreślić sytuację.

Z pewnością też masz takie momenty. U mnie pojawiają się one kilka razy w roku – i zazwyczaj niestety, nie trwają jeden dzień, a znacznie dłużej. W tym wypadku tydzień. W marcu był to praktycznie cały miesiąc (czytałeś?)

Po „marcowym przypadku” doszłam do konkluzji, że wszystko mija. Ten gorszy nastrój nie będzie trwał wiecznie. Trzeba to przetrwać i wyjść z tego z uniesioną głową, dwa razy silniejsza i z nowymi doświadczeniami.

Po tym tygodniu chciałabym jednak zaktualizować moje przemyślenia – masz wpływ na to, jak szybko wyjdziesz z dołka. Masz wpływ na wszystko, choć może być ciężko. Pozwolić sobie na odpoczynek to jedno, a ściągać się w dół negatywnym myśleniem to drugie. Czasem życie Cię przygniata i wolisz spędzić tydzień pod kocem, z kawą, lodami i ulubionym serialem. Ale jeśli codziennie wieczorem dopadają Cię wyrzuty, że nic nie robisz i jednak nie odpoczywasz… to weź się w garść. Bo jesteś na tyle silna, żeby to przerwać.

To raz, a dwa – bez spiny. Życie to nie same wzloty – upadki też grają w nim ważną rolę. Można by powiedzieć, że nawet ważniejszą, bo w końcu z nich uczymy się więcej. Każdy pojedynczy dzień może być Twoim pierwszym w drodze do lepszego samopoczucia. Nie musisz czekać do poniedziałku czy nowego roku, żeby wyjść z chandry, zrezygnować z czegoś co Cię niszczy lub choćby unieszczęśliwia. Każdy dzień może się okazać ostatnim – dlatego warto wprowadzać dobre zmiany jak najszybciej. Może nie biec „na wariata”, ale sukcesywnie iść do przodu. Doceniać wszystko dobre, co Cię spotyka i działać dla szczęścia innych.


Brzmi górnolotnie, a z drugiej strony jest po prostu banalne. Cóż, nie wymyśliłam żadnej nowej recepty na szczęście. Ale ta oczywista recepta pozwala mi w tym momencie wyrwać się z letargu.
A to chyba wystarczający powód, żeby podzielić się wnioskami z wami? Może komuś z was ten tekst da do myślenia – taką mam nadzieję.

Jeśli chodzi o moje przemyślenia – to by było na tyle. Z racji jednak tego, że jest to „podsumowanie tygodnia” napiszę o kilku sprawach z minionych siedmiu dni.

Mimo tej obojętności i zaniedbania swojego życia, pamiętałam o wyzwaniu, które podjęłam w ostatnim wpisie – mianowicie o czytaniu minimum 100 stron książki dziennie. W poniedziałek wyszło 130, we wtorek też trochę ponad 100. Środa i czwartek niestety po 60, w piątek koło 90. Weekend też sporo czytałam, do setki dziennie jednak nie dobiłam. Ogólnie i tak jestem z siebie dumna, bo w ciągu tych kilku dni przeczytałam więcej niż zazwyczaj. Poza tym nie liczyłam czytania blogów ani artykułów w internecie, a tego też było sporo. Wyzwanie przerzucam z automatu na następny tydzień, bo chciałabym, żeby taka ilość stron stała się codziennością.

Książki, które czytałam to „7 dni” Eve Ainsworth oraz „Zabić drozda” Harper Lee – klasyk, za który w końcu miałam okazję się zabrać. Trochę więcej o moich wrażeniach napiszę niedługo, w serii „Przeczytane”! Bądźcie czujni!


Dorzucam jeszcze kolejne wyzwanie, już typowo na następny tydzień – zacząć lepiej „grać” w życie. Nie przekładać pisania bloga na następny dzień. Niczego nie odkładać. Nie naciskać przycisku drzemki rano (w weekend ta „drzemka” trwała 1,5 godziny…).

Zastanów się, czy w Twoim życiu jest coś, co mógłbyś usprawnić. Coś, co zawsze Ci wychodziło, było Twoją zdrową rutyną, a nagle zacząłeś to sobie odpuszczać. Nie daj się prokrastynacji, jesiennej chandrze czy zwykłej niechęci!

Co jeszcze z tego tygodnia… Obejrzałam „Death Note” od Netflixa. Jestem ogromną fanką mangi i anime, a film… może lepiej pozostawić bez komentarza? Zapowiadało się naprawdę nieźle, bynajmniej nie odrzucał mnie czarnoskóry L ani fakt, że cała akcja została przerzucona z Japonii do USA. Mogła to być naprawdę dobra produkcja, zwłaszcza że wielu grających w niej aktorów po prostu lubię.


Ale gdy główne wątki nie trzymają się kupy, a w zachowaniu bohaterów nie ma żadnej logiki… wtedy cały film jest w moim mniemaniu skreślony. Aż szkoda.

Na poprawę tego „niesmaku” obejrzałam do końca „Ricka i Morty’ego” – to znaczy do ostatniego wypuszczonego odcinka. Od teraz będę oglądała na bieżąco. Uwielbiam tę kreskówkę, chociaż przyznaję, że przez pierwsze 3-4 odcinki nie rozumiałam tych, którym się to podoba. Jest to serial w który trzeba się wbić – a obiecuję, że potem się od niego nie oderwiecie. Będziecie przeglądali Pinteresta, w wyszukiwarce wpisując „Rick and Morty”. Będziecie znali wszystkie ważniejsze cytaty na pamięć.


Cóż. Przynajmniej ja tak mam.


Tekst znowu wyszedł długi, poplątany jak kable od słuchawek, ale mam nadzieję że dotrwaliście do końca!

Postaram się pisać regularniej. Postaram się nie przegrać kolejnego tygodnia.

Do następnego!

Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska

Komentarze

  1. Wiem coś o tym przegranym tygodniu, tez tak miałam i niestety ten nastepny wcale lepiej się nie zapowiada..... ale trzymam się wyzwania książkowego i chociaż z tego mogę być dumna!
    💪🏼 Dużo energii na nadchodzący tydzień!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja też zrezygnowałem z pewnych spraw ale po jakimś czasie w ziołem się za siebie i zrobiłem prawo jazdy. Energia czasem tak ucieka zwłaszcza pod czas kiedy jestem sam i nie mam motywacji. Ale na to przepis jeden jest a mianowicie druga połówka naszego życia.

    Życzę motywacji do pracowaniu nad sobą.

    OdpowiedzUsuń
  3. Death Note jakby nie patrząc to adaptacja, a nie ekranizacja więc nie ma co cudów oczekiwać. Właśnie ostatnio pisałam recenzję na temat tego filmu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie oczekiwałam cudów, ale nawet nie znając podstawowej fabuły... ten film jest w niektórych momentach bez sensu :D

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

5 grzechów blogera! Jak blogować, by ktoś nas czytał?

To już setny wpis na tym blogu! I choć ostatnimi czasy moja aktywność tutaj ogranicza się do jednego wpisu tygodniowo, to spokojnie - jestem, żyję. I w dalszym ciągu obiecuję, że częstotliwość pisania się poprawi. Mam burzliwy i bardzo wymagający czas w życiu, musicie mi wybaczyć.

Piszę bloga od 1,5 roku. Napisałam 100 tekstów. Nie jest to liczba zaskakująca, choć przyznaję, że powoli zaczyna napawać mnie dumą. Przez ten czas jednak popełniłam masę błędów, które widzę już teraz. Niektóre poprawiłam, z innymi dalej staram się walczyć.

W błędach nie ma nic złego - w końcu nikt mnie blogowania nie nauczył! Nikt nie odpowiedział na pytania: Jak blogować? Jak się promować? Jak zebrać grupę lojalnych czytelników? Ja postaram się dzisiaj, na własnym doświadczeniu, odpowiedzieć na pytanie: Jak NIE blogować? Czego uniknąć, żeby nie zaliczyć totalnej blogowej klapy.

Oto 5 grzechów głównych blogera!1. Nieregularne pisanie

Oj... najgorsze z przewinień, którego dopuszczam się cały czas. Bo nie mam…

10 rzeczy, na które warto wykorzystać wakacje (+konkurs!)

Przede mną długie miesiące wakacji. W zasadzie już jeden z nich mi zleciał, sama nie wiem kiedy. Jako tegoroczna maturzystka spotkał mnie w końcu przywilej czterech miesięcy wakacji! Póki co ich przebieg jest dość schematyczny, o czym mogliście przeczytać chociażby w podsumowaniu: 7DNI. Ale nie przesądzajmy, że reszta również taka będzie. Mam nadzieję, że do października uda mi się zrealizować, prócz pracy, jeszcze jakiś wakacyjny "goal".


A nawet jeśli nie - chciałabym podzielić się z wami moimi pomysłami na ciekawą aktywność wakacyjną. Na co wykorzystać te dwa (a dla niektórych więcej) miesiące swobody? Zapraszam do czytania wszystkiego, a dla niecierpliwych  tytułowy konkurs znajduje się na samym dole!

Nauka języka obcego

Jedna z lepszych rzeczy, które można zrobić w wakacje! Sama planuję rozpocząć coś od lipca (jeśli starczy mi czasu, bo wiadomo jak to z planami bywa). Możemy uczyć się angielskiego, niemieckiego lub... spróbować z czymś bardziej egzotycznym! Może arabski? …

Ulubieńcy ostatnich tygodni - MUZYKA!

Chciałam napisać coś bardziej ambitnego, ale przez duże dawki pracy i chroniczne zmęczenie po prostu nie dawałam rady. Mam kilka tytułów w szkicach. Kilka rozpoczętych tekstów. Czekają na dokończenie, ale dzisiaj zaoferuję Wam coś lżejszego. Kilka inspiracji na wakacje, kilka moich ostatnich ulubieńców. Czego posłuchać? Czego ja słucham? Nieczęsto piszę tego typu teksty, tym razem jednak rzeczy, które warto sprawdzić, jest naprawdę sporo.


Deliver Us (Prince of Egypt) Cover by Caleb Hyles and Jonathan Young. Prawdziwy fenomen ostatnich tygodni. Nie jestem osobą religijną, ale uwielbiam muzykę dotyczącą religii. Nieważne, czy to ścieżka z bajki "Książę Egiptu" (fenomenalnej historii zresztą) czy musicalowa wersja Męki Pańskiej w "Jesus Christ Superstar". Może jestem świrem, ale te utwory po prostu na mnie działają, bo są przepiękne.


Bells of Notre Dame (Disney's Hunchback) METAL cover - Jonathan Young & Caleb Hyles Caleb Hyles i Jonathan Young to w ogóle dwa …