7dni,  Lifestyle,  Motywacja,  Netflix,  życie

7DNI – Przegrałam życie…

A konkretnie – przegrałam ten tydzień. Nie dosłownie, granie w gry już mnie tak nie bawi. „Przegrałam” w kontekście porażki.
Totalnej katastrofy.
Długo zastanawiałam się, czy w ogóle o tym pisać. W końcu chciałabym zarażać ludzi tylko pozytywną energią. Co Wam da, gdy napiszę o lenistwie? O całkowitym zniechęceniu? I o wstydzie z tego wynikającym? Jednak po zrozumieniu pewnych rzeczy i wyciągnięciu z nich wniosków, postawiłam wam opowiedzieć co się działo.
A działo się niewiele. Praktycznie nic, bo w pewnym momencie po prostu zrezygnowałam z działania.
Znacie takie dni, kiedy jesteście od rana tak naładowani energią, że możecie góry przenosić? Kiedy nawet uciekający autobus nie jest w stanie zepsuć wam humoru, a na liście „to do” skreślacie jedną pozycję za drugą? Uwielbiam takie dni, prawdopodobnie jak każdy. Wrażenie, że wszystko się uda, że każda przeszkoda jest do pokonania, a świat stoi przede mną otworem.
W przypadku tego tygodnia spotkało mnie całkowite przeciwieństwo. Możliwe, że spowodowane jesienną chandrą. A może po prostu coś źle zrobiłam? Jedna nieudana rzecz za drugą, rezygnacja i lenistwo od czasu do czasu, aż spadła tych zachowań potężna, przygniatająca lawina. Świat stał przede mną otworem… ale zdecydowanie nie tym co chciałam, sami wiecie jakim.
Szłam do szkoły, bo musiałam. Wracając do domu nie musiałam już nic – więc nic nie robiłam.Miałam wystarczająco siły, żeby spełnić zobowiązania wobec innych: odrobiłam lekcje, posprzątałam w domu, pomogłam siostrze w nauce.
Nie miałam siły na to, żeby mobilizować się do samodzielnego działania. Do tego, żeby uczyć się dla siebie. Żeby pisać na blogu (od ostatniego podsumowania tygodnia nie pojawił się żaden nowy wpis). Żeby ćwiczyć, rozciągać się czy nawet ugotować sobie coś pysznego.
Odkładałam wszystko „na jutro”. Albo rezygnowałam, bo „i tak mi się nie uda”.
Wiem, że miały być pozytywne wnioski. Już do nich przechodzę, chciałam Wam po prostu nakreślić sytuację.
Z pewnością też masz takie momenty. U mnie pojawiają się one kilka razy w roku – i zazwyczaj niestety, nie trwają jeden dzień, a znacznie dłużej. W tym wypadku tydzień. W marcu był to praktycznie cały miesiąc (czytałeś?)
Po „marcowym przypadku” doszłam do konkluzji, że wszystko mija. Ten gorszy nastrój nie będzie trwał wiecznie. Trzeba to przetrwać i wyjść z tego z uniesioną głową, dwa razy silniejsza i z nowymi doświadczeniami.
Po tym tygodniu chciałabym jednak zaktualizować moje przemyślenia – masz wpływ na to, jak szybko wyjdziesz z dołka. Masz wpływ na wszystko, choć może być ciężko. Pozwolić sobie na odpoczynek to jedno, a ściągać się w dół negatywnym myśleniem to drugie. Czasem życie Cię przygniata i wolisz spędzić tydzień pod kocem, z kawą, lodami i ulubionym serialem. Ale jeśli codziennie wieczorem dopadają Cię wyrzuty, że nic nie robisz i jednak nie odpoczywasz… to weź się w garść. Bo jesteś na tyle silna, żeby to przerwać.
To raz, a dwa – bez spiny. Życie to nie same wzloty – upadki też grają w nim ważną rolę. Można by powiedzieć, że nawet ważniejszą, bo w końcu z nich uczymy się więcej. Każdy pojedynczy dzień może być Twoim pierwszym w drodze do lepszego samopoczucia. Nie musisz czekać do poniedziałku czy nowego roku, żeby wyjść z chandry, zrezygnować z czegoś co Cię niszczy lub choćby unieszczęśliwia. Każdy dzień może się okazać ostatnim – dlatego warto wprowadzać dobre zmiany jak najszybciej. Może nie biec „na wariata”, ale sukcesywnie iść do przodu. Doceniać wszystko dobre, co Cię spotyka i działać dla szczęścia innych.
Brzmi górnolotnie, a z drugiej strony jest po prostu banalne. Cóż, nie wymyśliłam żadnej nowej recepty na szczęście. Ale ta oczywista recepta pozwala mi w tym momencie wyrwać się z letargu.
A to chyba wystarczający powód, żeby podzielić się wnioskami z wami? Może komuś z was ten tekst da do myślenia – taką mam nadzieję.
Jeśli chodzi o moje przemyślenia – to by było na tyle. Z racji jednak tego, że jest to „podsumowanie tygodnia” napiszę o kilku sprawach z minionych siedmiu dni.
Mimo tej obojętności i zaniedbania swojego życia, pamiętałam o wyzwaniu, które podjęłam w ostatnim wpisie – mianowicie o czytaniu minimum 100 stron książki dziennie. W poniedziałek wyszło 130, we wtorek też trochę ponad 100. Środa i czwartek niestety po 60, w piątek koło 90. Weekend też sporo czytałam, do setki dziennie jednak nie dobiłam. Ogólnie i tak jestem z siebie dumna, bo w ciągu tych kilku dni przeczytałam więcej niż zazwyczaj. Poza tym nie liczyłam czytania blogów ani artykułów w internecie, a tego też było sporo. Wyzwanie przerzucam z automatu na następny tydzień, bo chciałabym, żeby taka ilość stron stała się codziennością.
Książki, które czytałam to „7 dni” Eve Ainsworth oraz „Zabić drozda” Harper Lee – klasyk, za który w końcu miałam okazję się zabrać. Trochę więcej o moich wrażeniach napiszę niedługo, w serii „Przeczytane”! Bądźcie czujni!
Dorzucam jeszcze kolejne wyzwanie, już typowo na następny tydzień – zacząć lepiej „grać” w życie. Nie przekładać pisania bloga na następny dzień. Niczego nie odkładać. Nie naciskać przycisku drzemki rano (w weekend ta „drzemka” trwała 1,5 godziny…).
Zastanów się, czy w Twoim życiu jest coś, co mógłbyś usprawnić. Coś, co zawsze Ci wychodziło, było Twoją zdrową rutyną, a nagle zacząłeś to sobie odpuszczać. Nie daj się prokrastynacji, jesiennej chandrze czy zwykłej niechęci!
Co jeszcze z tego tygodnia… Obejrzałam „Death Note” od Netflixa. Jestem ogromną fanką mangi i anime, a film… może lepiej pozostawić bez komentarza? Zapowiadało się naprawdę nieźle, bynajmniej nie odrzucał mnie czarnoskóry L ani fakt, że cała akcja została przerzucona z Japonii do USA. Mogła to być naprawdę dobra produkcja, zwłaszcza że wielu grających w niej aktorów po prostu lubię.
Ale gdy główne wątki nie trzymają się kupy, a w zachowaniu bohaterów nie ma żadnej logiki… wtedy cały film jest w moim mniemaniu skreślony. Aż szkoda.
Na poprawę tego „niesmaku” obejrzałam do końca „Ricka i Morty’ego” – to znaczy do ostatniego wypuszczonego odcinka. Od teraz będę oglądała na bieżąco. Uwielbiam tę kreskówkę, chociaż przyznaję, że przez pierwsze 3-4 odcinki nie rozumiałam tych, którym się to podoba. Jest to serial w który trzeba się wbić – a obiecuję, że potem się od niego nie oderwiecie. Będziecie przeglądali Pinteresta, w wyszukiwarce wpisując „Rick and Morty”. Będziecie znali wszystkie ważniejsze cytaty na pamięć.
Cóż. Przynajmniej ja tak mam.
Tekst znowu wyszedł długi, poplątany jak kable od słuchawek, ale mam nadzieję że dotrwaliście do końca!
Postaram się pisać regularniej. Postaram się nie przegrać kolejnego tygodnia.
Do następnego!
Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska