Przejdź do głównej zawartości

Sierpnień był... po prostu cudowny.

Zacznę od końca – to ostatnie tego typu miesięczne podsumowanie. Przynajmniej na razie – nie wiem co mi do głowy strzeli za rok czy dwa. Może do tego wrócę. Póki co jednak stwierdziłam, że ta forma sprawozdania z życia jest za bardzo rozciągnięta w czasie. Niektóre rzeczy mi umykają. Inne po prostu nie zmieszczą się w tekście.


Ostatnio zapowiedziałam, że pojawią się zmiany – między innymi podsumowania tygodniowe, a nie miesięczne. Tak więc zakończę sierpień jeszcze w starej formie, żeby z klasą móc wejść w nowy miesiąc z nowymi zasadami.

Pierwsze dni to czysta słodycz, dosłownie i w przenośni. Wybraliśmy się z chłopakiem nad morze – polski Bałtyk jeszcze nigdy nie wydawał mi się tak cudowny. Pogoda trafiła nam się praktycznie idealna. Z pokojem też nam się udało, bo mimo że pojechaliśmy bez zarezerwowanego noclegu, nie spędziliśmy ani jednej nocy „pod gwiazdami”. Spory sukces :D

Nie napisałam żadnego tekstu znad morza, bo tak naprawdę nie jestem pewna, co mogłabym wam zaoferować. Wakacje już się kończą, więc wszelkie porady na wyjazd zostawię chyba na następny rok. Wtedy ten temat wróci!

Zamiast tego pstrykałam zdjęcia na Instagrama – ostatnio staram się o niego bardziej dbać i coraz lepiej mi to wychodzi. Jeśli chcecie, możecie sami sprawdzić.

Dosłowna słodkość wyjazdu nad morze to między innymi gofry i lody tajskie! I pyszny donut a’la Oreo z biedry, który niestety nie doczekał się zdjęcia. Pierwszy raz próbowałam – zdecydowanie mój ulubieniec.


Usłyszałam, że dziewczyny zawsze wybierają gofry z owocami, bo chociaż trochę bardziej „fit”. Lubię zdrowy styl życia, ale come on! Jak gofry to tylko z nutellą!


Żałuję, że to wszystko trwało tak krótko. Wyjazd jest nie do opisania, bo nie chcę wyciągać zbyt dużo „prywaty”, ale wciąż zdarza mi się myśleć o powrocie nad morze. Albo wyjeździe gdzieś indziej. Dusza podróżnika krzyczy JESZCZE!

A portfel szepcze: nie teraz…


Po powrocie zajęłam się tym, co mnie najbardziej kręci – czyli pisaniem. Sierpień był rekordowy, jeżeli chodzi o ilość wpisów na blogu – całe 7 nowych tekstów! Nie licząc tych, które napisałam, a jeszcze nie opublikowałam. Zdecydowanie w tym miesiącu jestem z siebie dumna.



Powyżej linkuję wam teksty, z których jestem najbardziej zadowolona. Wrzesień może nie być już tak kolorowy.

Poza pisaniem na blogu, starałam się zarobić na pisaniu tak zwanych „precli” na TextBookers. Tych, których interesuje copywriting, zachęcam do zajrzenia na tę stronę. Jest to coś bardzo podstawowego, ale napisanie tekstu zajmuje chwilkę, a parę groszy można zdobyć.

Zaczęłam też uczyć się japońskiego. Trochę słów i zwrotów znam już z anime, jednak dopiero teraz poznaję znaki. Idzie powoli, nie czuję też żadnej presji, żeby uczyć się jak najszybciej. Po prostu zawsze chciałam mówić po japońsku, a w trakcie wakacji postanowiłam w końcu coś z tym zrobić.


Ten tekst już jest długi, chociaż teoretycznie się nie rozpisywałam. A jeszcze tyle spraw przed nami. Rozumiecie, czemu chcę przejść na podsumowania tygodniowe? Wszystkie tematy mogłabym poruszyć głębniej. Cóż…

W sierpniu były zakupy szkolne. Bardzo ubogie – większość zeszytów mam z zeszłego roku, nowych przyborów też nie potrzebowałam. Trochę smuci fakt, że to ostatni raz… Pamiętam jeszcze tę fascynację, gdy w podstawówce zaczynałam rok szkolny z całym plecakiem nowych przyborów, zeszytów i książek. I trochę za nią tęsknię.

Był też rodzinny grill, lumpeksowe zakupy, pielenie truskawek, Rick and Morty oraz 7 sezon Gry o Tron. Dopiero teraz, gdy to wypisuję, mam czyste spojrzenie na to, ile fajnych rzeczy się działo. Niby nic nadzwyczajnego, ale kurczę, nawet odcinek ulubionego serialu jest czymś, za co mogę być wdzięczna, ponieważ nie każdy ma na to czas.


Ostatni pełny tydzień sierpnia to wizyta u fryzjera – w końcu pozbyłam się kilometrowego odrostu! Tutaj już nie będę się rozpisywała, bo wszystko co chciałam, przekazałam wam w tekście o metamorfozie i pielęgnacji moich włosów. Zajrzyjcie, jeśli jesteście ciekawi ;)


I na koniec urodziny mojego chłopaka – wiem, że to czytasz staruszku :D Mam parę miejsc z jedzeniem, które są tak konkretnie „must visit”. Jednym z nich był Warszawski Manekin – naleśnikarnia chyba jedyna w swoim rodzaju.


Czuję, że historia mojego bloga zatacza koło, w końcu w pierwszym opublikowanym tekście także jadłam naleśniki. Tym razem jednak zrobiłam lepsze zdjęcie :D


To by było na tyle. Jesteście naprawdę wytrwali, jeśli daliście radę do końca. Zróbmy mały test – jeśli to czytacie, a nie macie zamiaru zostawiać dłuższego komentarza, zostawcie chociaż uśmiechniętą buźkę lub napiszcie „dałam/em radę” :D

Do następnego!

Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska

Komentarze

  1. faktycznie, sporo się działo. ;) w sumie jak tak pomyślę, to podobnie jak u mnie, chociaż też mi tak ten czas przez palce przecieka. ;) nasze morze jest cudowne, ale w sezonie wakacyjnym raczej go nie odwiedzam. i wiadomo, że jak gofry to tylko z nutellą. <3 i widziałam jeszcze gdzieś na zdjęciach moje ulubione tajskie lody. <3
    pozdrawiam serdecznie.
    https://poprostumadusia.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najszybciej zleciał mi ostatni tydzień, niestety... Tajskie lody to życie <3 Pozdrawiam! :)

      Usuń
  2. Gratulację nauki Japońskiego, to teraz tylko wystarczy uczyć się i można jechać do kraju kwitnącej wiśni. Planujesz wyjazd? Moja dziewczyna i ja też liznęliśmy języka chociaż to ona umie lepiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że kiedyś wyjadę, aczkolwiek nie planuję tego na razie :D Brak funduszy na tak daleką podróż :)

      Usuń
  3. No no ! widzę że wakacje spędziłaś bardzo aktywnie! Gofry z nutellą rządzą! Ja przygodę z językiem japońskim zacząłem pare lat temu do dzisiaj pamiętam parę znaków. Szkoda że przerwałem naukę , chociaż kto wie może w przyszłości będę kontynuować :)

    tutajjestem-lekkomyslny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też obawiam się swojego słomianego zapału - ale póki co się uczę i mam nadzieję, że nie pójdzie to na marne :D Pozdrawiam!

      Usuń
  4. Od tajskich lodów to ja się dosłownie uzależniłam będac na morzem.

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię tego typu podsumowania :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też :D Uwielbiam czytać, a pisać tym bardziej :3

      Usuń
  6. Dałam radę, ale nie jestem z siebie dumna, bo post czytało się bardzo przyjemnie. Nie wiem czy to dlatego, że trochę był o jedzeniu, które zresztą uwielbiam czy to dlatego, że piszesz tak lekko i fajnie. Cóż, może można połączyć te dwie rzeczy...musisz więcej pisać o jedzeniu. Powodzenia w nauce japońskiego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też uwielbiam jeść, więc Twoja propozycja, żeby więcej pisać o jedzeniu... to żaden problem haha :D Cieszę się, że dałaś radę i dziękuję! :)

      Usuń
  7. Ale fajny sierpień... a u mnie głównie praca i brak wolnego, ale takiego naprawdę wolnego od wszelkich planów. Może we wrześniu uda mi się troszkę przystopować...? Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tego Ci potrzeba to mam nadzieję, że odpoczniesz sobie trochę we wrześniu ;) Nie warto się zajeżdżać i pracować cały czas na najwyższych obrotach, bo potem może to się źle skończyć... Także pozdrawiam! :)

      Usuń
  8. Masz bardzo fajną jakość zdjęć. Można wiedzieć jakiego aparatu/telefonu używasz? :)
    BTW. Też ostatnimi czasy zacząłem korzystać z życia i czuję mega zmianę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zdjęcia z telefonu, LG K10 :D Nie jest najgorszy ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

5 grzechów blogera! Jak blogować, by ktoś nas czytał?

To już setny wpis na tym blogu! I choć ostatnimi czasy moja aktywność tutaj ogranicza się do jednego wpisu tygodniowo, to spokojnie - jestem, żyję. I w dalszym ciągu obiecuję, że częstotliwość pisania się poprawi. Mam burzliwy i bardzo wymagający czas w życiu, musicie mi wybaczyć.

Piszę bloga od 1,5 roku. Napisałam 100 tekstów. Nie jest to liczba zaskakująca, choć przyznaję, że powoli zaczyna napawać mnie dumą. Przez ten czas jednak popełniłam masę błędów, które widzę już teraz. Niektóre poprawiłam, z innymi dalej staram się walczyć.

W błędach nie ma nic złego - w końcu nikt mnie blogowania nie nauczył! Nikt nie odpowiedział na pytania: Jak blogować? Jak się promować? Jak zebrać grupę lojalnych czytelników? Ja postaram się dzisiaj, na własnym doświadczeniu, odpowiedzieć na pytanie: Jak NIE blogować? Czego uniknąć, żeby nie zaliczyć totalnej blogowej klapy.

Oto 5 grzechów głównych blogera!1. Nieregularne pisanie

Oj... najgorsze z przewinień, którego dopuszczam się cały czas. Bo nie mam…

10 rzeczy, na które warto wykorzystać wakacje (+konkurs!)

Przede mną długie miesiące wakacji. W zasadzie już jeden z nich mi zleciał, sama nie wiem kiedy. Jako tegoroczna maturzystka spotkał mnie w końcu przywilej czterech miesięcy wakacji! Póki co ich przebieg jest dość schematyczny, o czym mogliście przeczytać chociażby w podsumowaniu: 7DNI. Ale nie przesądzajmy, że reszta również taka będzie. Mam nadzieję, że do października uda mi się zrealizować, prócz pracy, jeszcze jakiś wakacyjny "goal".


A nawet jeśli nie - chciałabym podzielić się z wami moimi pomysłami na ciekawą aktywność wakacyjną. Na co wykorzystać te dwa (a dla niektórych więcej) miesiące swobody? Zapraszam do czytania wszystkiego, a dla niecierpliwych  tytułowy konkurs znajduje się na samym dole!

Nauka języka obcego

Jedna z lepszych rzeczy, które można zrobić w wakacje! Sama planuję rozpocząć coś od lipca (jeśli starczy mi czasu, bo wiadomo jak to z planami bywa). Możemy uczyć się angielskiego, niemieckiego lub... spróbować z czymś bardziej egzotycznym! Może arabski? …

7DNI - Pani redaktor opowiada o tym, jak zmieniła się w LENIA

Nie umiem w tytuły. Zawsze przy podsumowaniach tygodnia muszą wyjść jakoś dziwnie. Nic nie poradzę - w końcu treść się zgadza.

Zmieniłam się w olbrzymiego, śmierdzącego leniuszka. Przeglądam instasia, fejsbusia, oglądam "The Vampire Diaries". I coraz bardziej zapominam, że wystartowałam w maratonie i muszę zmierzać do mety, zamiast popijać co chwilę kawkę i się relaksować.


Ale to jest właśnie problem długiego, ambicjonalnego maratonu, jakim jest życie. W końcu nadchodzi moment zmęczenia i potrzeba zatrzymania się na moment. Mój postój teraz musi się skończyć, w przeciwnym wypadku zawalę kilka niesamowicie ważnych projektów. A wygrzebać się z problemów będzie dużo trudniej niż zapobiec im w tym odpowiednim momencie.

Ale to już kwestia przyszłości. A co wydarzyło się u mnie na przestrzeni ostatnich kilku dni?

Numer jeden - jestem panią redaktor, teraz już oficjalnie. Piszę o czymś, o co nikt nie mógłby mnie posądzać (ja sama nie sądziłam, że kiedyś będę się wypowiadała na takie…