7dni,  jesień,  Lifestyle,  życie

7DNI – A nawet 14… Pechowy tydzień?

Podobno w tym tygodniu był piątek 13tego. Osobiście tego nie zauważyłam, bo dla mnie cały kończący się dzisiaj tydzień był jedną, wielką karuzelą pecha i nieszczęść. Zaskoczeni?
Dużo piszę o motywacji, sypię inspirującymi pomysłami jak z rękawa, staram się usprawniać własne życie. Więc jak to możliwe, że przez cały tydzień jest nie tak, jak być powinno?
Teksty na blogu się nie pojawiają. Muszę was przeprosić na swoim FanPage’u, bo czuję, że po prostu zawodzę.
Oceny lecą na łeb na szyję.
Spóźniam się na autobus, po czym wracam do domu w deszcz i z wiatrem w twarz.
Albo innym razem to autobus się spóźnia. Gdy w końcu się pojawia, stoi w korku prawie godzinę, a potem mija mój przystanek, bo przez zablokowanie drogi nie miał jak zjechać.
A to tylko kilka przykładów. Jest jeszcze potężny siniak na nodze, bo przewróciłam się na ramę łóżka. I przygotowywanie w wielkim stresie pracy, która i tak nie została w szkole wykorzystana. Jest 5 kilogramów więcej na wadze – bo waga się zepsuła, ale tak naprawdę tego nie wiesz i czujesz, że twoja samoakceptacja zostaje wystawiona na potężną próbę. Są bóle gardła, głowy i zatkane zatoki przez cały tydzień…
Karuzela dopiero się rozkręca. Ale może na tym skończmy, co?
Bo nie piszę tutaj, żeby się pożalić. Nie chcę też nikogo dobijać. Jestem dumna z siebie, bo właściwie mimo wszelkich przeciwności losu, przebrnęłam przez te dni z głową uniesioną wysoko do góry. Wstawałam prawą nogą (niewiele to dawało), robiłam pyszne śniadanko, żeby dzień od początku był lepszy (ostatecznie nie był) i starałam się robić dobrą minę do złej gry (baaaardzo złej gry).
Wysyłałam masę pozytywnych, uśmiechniętych snapów (obserwujecie już @indioska?), żeby odegnać nieszczęścia. Ostatecznie była to jedna z wielu rzeczy, które pozwoliły mi nie dostać świra.
Najbardziej irytujące było to, że przeszkodą w mojej codzienności nie było lenistwo, niechęć czy jesienna deprecha, jak ostatnio.  Te dni były po prostu pechowe. Nie miałam nawet jak walczyć z takim stanem rzeczy.
Dziś czuję, że to mija. Od rana zrobiłam już sporo pracy, nadgoniłam wszelkie zaległości i zabrałam się za pisanie tego podsumowania. Bolące gardło leczę gorącą herbatą i chociaż póki co nie pomaga, wierzę, że powoli zaczynam zdobywać nad swoim życiem kontrolę. Koniec z tym pechem.
Mam nadzieję, że wasz tydzień nie wyglądał aż tak źle. Niedługo postaram się napisać pewnego rodzaju poradnik na pechowy dzień – w razie jakbyście jednak byli zainteresowani.
Teraz chwila na podsumowanie wszystkich pozytywnych wydarzeń ostatnich 7 dni (a nawet 14, bo w tamtym tygodniu podsumowania nie było, a warto coś wspomnieć)
W poprzedni czwartek byłam w Teatrze Polskim w Warszawie na „Weselu”. Było całkiem w porządku, nawet mimo zepsutej sceny końcowej. Uwielbiam teatr i operę, i ogromnie żałuję, że tak rzadko mam okazję zobaczyć jakiś spektakl.
W drodze do Warszawy zaczęłam czytać „Sekretne życie drzew”. Ma sporo naukowych terminów, po przeczytaniu każdego rozdziału potrzebuję czasu na dokładne „przetrawienie” pozyskanej wiedzy. Ale już uważam, że jest naprawdę dobra.  Zabawna, czasem zaskakująca i niesamowita. Chociaż dziwi mnie hipokryzja autora, miłośnika drzew, który wydaje powieść w tysiącach egzemplarzy w wersji papierowej. A w końcu wszyscy wiemy z czego zrobiony jest papier. Cóż, nie mnie go oceniać.
W piątek (również ten poprzedni) dotarła do mnie kolejna książka recenzencka od Wydawnictwa Kobiecego – „List z przeszłości” Mairi Wilson. Wciąż jej nie zaczęłam (ups!), ale z pewnością niedługo to zrobię i na blogu pojawi się recenzja.
W weekend rozpieszczałam mojego chłopaka domowym a’la burrito. Przepis autorski, może nie super zdrowy (ser!), ale smakuje wszystkim 😀
W niedzielę, tydzień temu wstawiłam tekst odnośnie poprawienia swojej koncentracji – efekty wyzwania publikowałam na snapie, głównie w postaci wyniku w aplikacji „Forest”. Cały czas staram się sadzić drzewka. Lub przynajmniej arbuzy i bambusy.
Na drugim zdjęciu coś „artystycznego”, na ostatnim selfie – typowe.
We wtorek wybrałam się do kina z chłopakiem na „Botoks”. Widzę, że ten film zebrał niesamowicie dużą falę krytyki… i tego nie rozumiem. Dla mnie był naprawdę niezły. Poczucie humoru typowe dla Vegi, trochę wulgarnie i obrzydliwie. Ale cały film fabularnie trzymał się kupy. Wszystko miało ciąg przyczynowo-skutkowy. Były silne, niezależne kobiety. Było trochę ciężkiej tematyki wplecionej między żarty – czasami nie wiedziałeś czy się śmiać, bo przy okazji dostawałeś na talerzu przerażającą, smutną prawdę.

 

Nie rozumiem mieszania tego filmu z błotem. Tak w ogóle, to jadąc do kina, zabraliśmy z chłopakiem jako „przekąskę” pół McDonalda – SHAME ON ME!
Pod koniec tego tygodnia wstawiłam także zdjęcie swojej biblioteczki na instastory – trochę mnie nostalgia wzięła. Przypomniałam sobie jak zaczynałam zbierać te książki. Może to głupotka, ale w wieku 13 lat posiadanie domowej biblioteczki było dla mnie wielkim marzeniem. Książeczka po książeczce, uzbierało się ich… sama nie wiem. Przeszło 200 na pewno. Na zdjęciu nie ma wszystkich.
Moje wewnętrzne dziecko skacze z radości, gdy to widzi.
I to też taki banalny dowód tego, że jak się coś chce, to można wszystko. W tym momencie kupienie sobie książki to norma, ale dla 13letniej mnie było to coś niesłychanego i ekscytującego.
I to chyba tyle na ten tydzień. Było pechowo, ale coś pozytywnego zawsze się znajdzie.
To powiedzenie chyba najlepiej wszystko podsumowało 😉
Do następnego!
Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska