nauka,  Rozwój

ZŁE SPOSOBY NAUKI, których… uczymy się w szkole!

Lubię się uczyć. Nie ze względu na oceny czy rodziców. Robię to dla siebie. Uważam po prostu, że otaczający mnie świat jest ciekawy.
Ale wiecie co? Gdybym swoją naukę opierała tylko na tym, jak funkcjonuje współczesne polskie szkolnictwo… prawdopodobnie nie wiedziałabym połowy z tego, co wiem teraz.
Jeśli w ogóle bym cokolwiek zapamiętała.
Nie zrozumcie mnie źle – nie chce zrzucać winy na nauczycieli, bo nawet Ci najlepsi nie przekazują podstawowej wiedzy, bez której nie da rady nauczyć się niczego.
Ta tajemna wiedza to: Jak się uczyć?
Bo uwierzcie mi – sposób nauki może zmienić wszystko.
Im bliżej matury tym bardziej współczuję ludziom, którzy muszą się z nią zmierzyć bez prawidłowych metod. Zamiast tego robią wszystko to, czego nauczyło ich szkolne życie… A to są naprawdę najgorsze opcje z możliwych.
Po pierwsze: zakuj – zdaj – zapomnij
Jeśli przez wszystkie lata nauki polegaliście na tej metodzie, to prawdopodobnie spokojnie zdawaliście na trójkach, może nawet i wyższych ocenach… Ale gdy nadchodzi pora, żeby sprawdzić wiadomości z dłuższego okresu czasu (np. matura), to w waszej głowie widnieje pustka.
Jak to możliwe, skoro wcześniej to umiałeś?
Ano, jednak nie umiałeś. Wiedza musi być regularnie utrwalana. To, że wkułeś coś „na jutro” nie spowoduje, że będziesz to pamiętał za 3 lata. Tak jakbyś nauczył się pływać raz, a potem kompletnie zaniedbał powtarzanie tej czynności. Czy za kilka lat Twoja umiejętność byłaby na wysokim poziomie? Odpowiedź jest chyba oczywista.
Notatki? Tylko jeśli nauczyciel coś podyktuje
Zawsze bawiło mnie, że gdy prosiłam znajomych o lekcje, to Ci wysyłali notatki kompletnie bez sensu. Zdanie nie trzymało się kupy – więc próbowałam dopytać o co w nim chodzi. Ich odpowiedź?
„Nie wiem.”
Nauczyciele potrafią dyktować naprawdę szybko – to fakt. Ale notatka jest dla ucznia i to przede wszystkim jemu powinno zależeć na rozumieniu tego, co jest napisane. Nie chodzi o to, żeby zapisać definicję słowo w słowo. Ważniejsze jest zachowanie sensu i prowadzenie zeszytu w taki sposób, żebyśmy sami mogli z niego korzystać.
A gdy nauczyciel nic nie dyktuje? Wtedy musisz sam zdecydować jaka wiedza będzie Ci potrzebna. Nie polecam całkowicie olewać prowadzenia zeszytu – z własnego doświadczenia wiem, że to osobiste zapiski, a nie podręcznik, są najlepiej przyswajalnym źródłem wiedzy.
A jeśli o podręczniku mowa… To podręcznik dobry. A telefon zły.
I wszelkie urządzenia złe, bo rację bytu ma tylko papier. Hm… no nie!
Większość nauczycieli od tego odchodzi, ale nie wszyscy. Co gorsze – wielu uczniów nie potrafi korzystać z internetu jako źródła wiedzy.
A dzięki nowoczesnym technologiom możemy nauczyć się za darmo… praktycznie wszystkiego. Mnie osobiście ta możliwość zachwyca.
Sama korzystam z kilku aplikacji na telefon w celu utrwalania wiedzy, pisałam o nich tutaj: KLIK! Ale poza tym, internet dał mi możliwość samodzielnej nauki gry na Keyboardzie, dowiedziałam się bardzo dużo na temat dietetyki i żywienia, a także poznałam podstawy Japońskiego (tylko podstawy, bo nie mam czasu na resztę). A przecież z żadną z tych dziedzin nie miałam kontaktu w szkole, w żadnym podręczniku!
Gramatyka angielska – bez niej ani słowa
Niektórzy z was to znają. Wątpliwość, że użyjecie niewłaściwego czasu.
Najgorsza blokada, przez którą sama nie mogłam się „przebić”. Mówić po angielsku bez obawy, że ktoś mnie wyśmieje, zaczęłam dopiero w tym roku. Czy gdybym miała z kimś porozmawiać, moja wymowa byłaby bezbłędna? Heh, chciałabym, ale niestety nie.
Ważniejsza niż gramatyka powinna być moim zdaniem fonetyka. Odpowiednia wymowa słów – tak, żeby była pewność kiedy mówimy beach, a kiedy bitch.
Albo żeby prawidłowo wyartykułować prześcieradło, żeby nie wyszło nam z niego… gówno.
Bo teoretycznie mogłoby się wydawać, że sheet i shit czytamy tak samo.
Dziwi mnie, że tego typu tematy nie są poruszane na lekcjach. Na szczęście Arlena z kanału pocudzemu idealne mi to tłumaczy: Klik!
Niemniej jednak – nieważne czy z błędami gramatycznymi czy fonetycznymi, mówić trzeba. Bo bez faktycznego używania języka, zwyczajnie się go nie nauczymy. Naciskanie przez nauczycieli tak bardzo na poprawne gramatycznie zdania tworzy… zwyczajny strach przed pomyłką.
Podsumowując – dziwi mnie to, że w podstawie programowej nie uwzględnili tego, że umiejętność przyswajania wiedzy również jest ważna, jeśli nie najważniejsza. Wrzucenie kogoś do szkolnego budynku nie oznacza, że wiedza wpłynie do głowy „ot tak”. Zakuwanie na sprawdziany, brak notatek prowadzonych odpowiednio dla siebie, wzbudzanie strachu przed wypowiedzią i słabe wykorzystywanie rozwoju technologicznego – tymi sposobami łatwiej ucznia zniechęcić niż czegoś nauczyć.
Nauka mnie kręci, więc prawdopodobnie zrobię na jej temat jeszcze kilka tekstów. Chciałam zacząć od tych złych sposobów, żebyście już teraz przyjrzeli się swoim własnym i ocenili, czy nie popełniacie przypadkiem wymienionych błędów.
A jak się uczyć, żeby było dobrze? O tym w następnych tekstach 😉
Więc do następnego!
Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska