wakacje
7dni,  Lifestyle,  Moje życie

7DNI – wakacje na hamaku, sałatki i bluźniercza rock opera o Jezusie

Ta seria musi wrócić do regularności, bo znowu moje „siedmiodniowe” podsumowanie obejmować będzie cały miniony miesiąc. Wróciłam już na stałe do regularności na blogu, teraz czas na regularne 7DNI w każdy poniedziałek. Trzymajcie kciuki, bo nie wiem, jak to będzie, gdy do pracy i codziennych obowiązków dojdą jeszcze studia.

Ale dziś nie o przyszłości, a o wspomnieniach ostatnich dni mowa. Czas upływa mi tak szybko, że nie wiem, kiedy zleciał mi cały sierpień i rozpoczął się wrzesień. Jeszcze nie tak dawno wylegiwałam się na hamaku odpoczywając na wsi, a dziś orientuje się, że są to zdjęcia dokładnie z 12 sierpnia. Mamy 10 września. JAK?!

Nauka japońskiego też mi gdzieś uciekła. Czas przecieka przez palce, staram się angażować w jak najwięcej rzeczy. A podręcznik do nauki języka od kilku tygodni leży nieruszony. Czas się za to wziąć, bo tyle obiecywałam sobie i wam, że teraz wstyd.

Pierwszy raz w minionym miesiącu wybrałam się do Łazienek Królewskich. Mam naprawdę niedaleko, ale od przeprowadzki do Warszawy nie znalazłam na to nawet jednego popołudnia. W końcu się udało, zgarnęłam gości i chłopaka na krótki spacerek, ale chyba muszę praktykować to częściej. Zwłaszcza teraz, gdy jesień tak pięknie barwi liście, jest jeszcze w miarę ciepło i można porozkoszować się zmienną naturą.

Z najbardziej udanych zakupów ostatniego czasu – dwie piękne, materiałowe torby na zakupy i nie tylko. Niedawno pisałam, dlaczego zmniejszenie liczby używanego plastiku jest takie ważne – klik! Poleciłam też kilka bardzo prostych sposobów, które możemy wykorzystać, by być bardziej eko – sprawdź tutaj.

Końcówka sierpnia i początek września to w moim życiu zdecydowanie okres… sałatkowy! Jem praktycznie codziennie, zazwyczaj grecką, albo jakąś losową mieszankę z pomidorem, sałatą i dodatkami. Lubię dzielić się ładnymi posiłkami na InstaStory, więc zachęcam, żeby mnie tam zaobserwować.

Na Instagramie zawsze najszybciej was poinformuję o nowych postach na blogu, a te pojawiają się już 2-3 razy w tygodniu. W ostatnim czasie najbardziej dumna byłam z:


Polecam także teksty nienapisane przeze mnie, ale warte przeczytania:

Ostatnio zaczęłam ponownie używać Spotify i słuchać muzyki w autobusie. Wcześniej były to tylko podcasty, teraz zaczęło mnie to trochę męczyć. Szukam nowych wrażeń, twórców, rytmów, ale ostatecznie zawsze wracam do musicali.  To właśnie muzyka przedstawiająca jakąś opowieść najbardziej do mnie przemawia. Na liście moich ulubionych musicali znajduje się także Jesus Christ Superstar, czyli historia męki pańskiej przedstawiona w postaci… rock opery.

Jedna z niewielu dobrych rzeczy związanych z religią. Nie mam nic do wiary innych, sama nie uznaję się za osobę wierzącą. Ale system religijny i jego doktryna w wielu przypadkach napawa mnie obrzydzeniem. Gdy czytam o księżach, którzy ze względu na swój status nie są odpowiednio karani za gwałty czy pedofilię oraz nie są umieszczani w rejestrze najgroźniejszych gwałcicieli „bo nie”- nóż mi się w kieszeni otwiera. Gdy wiem, że to religia odpowiada za znaczną część wojen i konfliktów na świecie, bo ktoś wmówił narodowi, że jest tym „wybranym”, po prostu nie mogę uznawać tego za dobre. Gdy nawet „religia miłości” zachęca do nienawiści tylko ze względu na inną orientację lub miejsce urodzenia, nie mogę jej w żaden sposób powiązać z miłością.

Jesus Christ Superstar to świetna rock opera – genialna oprawa muzyczna i piękne głosy wokalistów (najbardziej pod tym względem podoba mi się wersja filmowa z 2000 roku). To teksty, które opowiadają biblijną opowieść w całkowicie inny, niesztampowy sposób. Nie ma czerni i bieli – nie ma idealnego Jezusa ani bezwzględnie złego Judasza. Przecież Iskariota ostatecznie był tylko narzędziem, aby „dokonało się”.

Może dlatego Kościół uznał, że ten rzetelniejszy sposób przedstawienia historii Jezusa jest „antykatolicki” 🙂

Zostawiam was z tym, polecam obejrzeć i posłuchać.
Do następnego!
Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska