Gra o tron - recenzja
Filmy,  Kultura

Gra o tron, Czarnobyl i Ty – czyli serialowe podsumowanie miesiąca

Gra o tron dobiegła końca. O tym, jak bardzo rozczarowujący był finałowy sezon opowiem za chwilę. Wcześniej jednak zachwycę się nad tym, jak dużo czasu mam ostatnio na seriale – bo nie spodziewałam się kompletnie, ale w tej kwestii naprawdę się poprawiło. Trochę zaczęłam odpuszczać niektóre mniej ważne sprawy. Inne, które nie wymagały bezpośrednio mojego udziału, zdecydowałam się delegować. I nagle okazuje się, że nie wszystko musi spoczywać na moich barkach, a ja mam prawo do chwili odpoczynku. W tym także kilku godzin na seriale.

No i fajnie, czas jest, chęci do oglądania są. Szkoda tylko, że tak długo przez wszystkich oczekiwany wielki finał okazał się… miałki. Delikatnie mówiąc. Na pocieszenie mam jednak kilka kolejnych serii, które zaczęłam oglądać i które mocno wciągają. Je też chciałabym Wam tutaj przedstawić. Dobra… zaczynamy.

Gra o tron – recenzja finału i wielkiego rozczarowania

„Gra o tron” to pierwszy serial produkowany na tak wielką skalę i z tak ogromnym rozmachem. To produkcja, która zaczęła łamać schematy – zarówno te związane z budżetem przeznaczanym na, bądź co bądź, serial telewizyjny, jak i te dotyczące uśmiercania bohaterów. W pierwszych 3-4 sezonach było naprawdę bezlitośnie, z rozmachem, politycznymi rozkminami i mordowaniem głównych bohaterów, do których zdążyliśmy się przywiązać.

Coś się jednak zaczęło psuć w okolicach 5 i 6 sezonu. Prawdopodobnie miało to związek z tym, że materiał oryginalny z książek George’a R. R. Martina powoli się wyczerpywał. I choć sam Martin praktycznie do końca konsultował losy bohaterów z producentami, to jednak nie udało się uniknąć tragedii. Bo w końcu po co słuchać autora sagi, kiedy mówi, że historii wystarczy na co najmniej 11 sezonów? Zróbmy osiem, co złego może się stać?!

Ano stało się najgorsze. Finał był pozbawiony sensu oraz emocji, do których nas przecież sam przyzwyczaił.

Co mi się nie podobało w finale Gry o Tron? To, że był najmniej „przegadany” w historii wszystkich sezonów. A choć niektórym wydawać się może, że duża ilość akcji nadgoni dialogi, to niestety – grubo się mylą. Tak to nie działa.

Nie wiemy, co dokładnie kieruje naszymi bohaterami i jaka zmiana w nich zachodzi. Możemy się domyślać, ale to wciąż nie daje nam pełnego obrazu. (UWAGA, dalej będzie spojler) Gdy Cersei ma Tyriona i Daenerys praktycznie na tacy i może ich zabić w każdej chwili… nie robi tego. I nie wiemy, dlaczego tego nie zrobiła. A szczerze? Właśnie ten moment, gdyby postanowiła zaatakować, mógłby być najbardziej zmieniającym historię i zaskakującym etapem „Gry o tron”. Twórcy jednak woleli pójść na łatwiznę.

Wybrali zakończenie, jakiego każdy się spodziewał. Jak do tej pory fabuła była skomplikowana, ale logiczna, tak teraz producenci poszli po najprostszej linii oporu, dodatkowo wymijając się co jakiś czas z logiką. Zaniedbali tak głupie, ale istotne kwestie, jak choćby kubek ze Starbucksa i dwie butelki wody mineralnej na planie zdjęciowym (!!!). Nue wspomnę nawet o legendach, magii i innych podwalinach historii Westeros, które zwyczajnie zignorowano. Sama się dziwię, że oczekiwałam od twórców czegoś więcej.

Za całość serial otrzymuje ode mnie 8/10. Sam ostatni sezon oceniam jednak na najwyżej 5. Brak logiki, miałka akcja, zero emocji podczas oglądania. Plusem zdecydowanie pozostała doskonała reżyseria i piękne efekty specjalne, zwłaszcza smoki. Ale pięknymi widoczkami fabuły nie nadrobisz.

Na szczęście „Gra o tron” to nie wszystko. W ostatnim czasie miałam szanse poznać dwie produkcje, które pobiły ostatni sezon GoTa na głowę i uratowały mnie przed bolesnym „kacem” serialowym.

Czarnobyl – horror, który miał miejsce naprawdę

Znacie ten mem o anulowaniu subskrypcji HBO GO tuż po skończeniu finałowego sezonu GoTa? Dobrym krokiem było wypuszczenie w tym okresie „Czarnobyla”. Kolejna hitowa produkcja zatrzymała mnie (i z tego co mi wiadomo – naprawdę ogromną liczbę osób) na następny miesiąc subskrypcji.

Czarnobyl to coś, co pozwoli wam zapomnieć o traumie, którą przyniosła „Gra o tron”.  Historia wybuchu elektrowni atomowej przyniesie wam dużo silniejsze, bolesne przeżycia. Ta 4-odcinkowa mini-seria to prawdziwy majstersztyk. Ciężko byłoby przedstawić ten straszny scenariusz lepiej.

Serial HBO osadzony jest na prawdziwych wydarzeniach, chociaż warto wiedzieć, że nie odwzorowuje ich kropka w kropkę. Pierwszy odcinek – sam moment wybuchu i to, co się działo chwilę potem, jest przedstawiony najbardziej realistycznie. Dialogi w serialu są żywcem wzięte z relacji świadków i wszystkich zachowanych dokumentów. Mimo że niektórych bohaterów widzimy na ekranie zaledwie chwilę, strasznie nas boli to, jak cierpią. I wstrząsa nami to, że faktycznie takie cierpienie przeżywały dziesiątki, a nawet setki osób.

Świetna obsada, genialnie wyreżyserowane, bardzo realistycznie przedstawione… naprawdę polecam!

Ty – o tym, jak chciałam odpocząć przy głupim romansie, a znów trafiłam na mocno „creepy” serial

Powiem szczerze, że po tym, jak „Gra o Tron” i „Czarnobyl” wymęczyły mnie emocjonalnie, potrzebowałam czegoś lżejszego. Zdecydowałam się na „Ty” bez czytania żadnych recenzji i opisów. Widziałam jednym okiem krótką zapowiedź na Netflixie i wydawało się spoko – jakiś fajny romans, może trochę się przy tym odprężę.

O NIE!

Ten serial jest creepy as hell.

Poznajcie Joego. Joe jest kierownikiem w księgarni, ogólnie uwielbia książki, jest bardzo inteligentny, błyskotliwy i ma świetne poczucie humoru. To ten typ bohatera, do którego od razu się przywiązujesz i któremu chcesz kibicować od początku do końca.

Joe miał kiedyś dziewczynę, jednak złamała mu serce. Teraz ma szansę zacząć na nowo – kolejna piękna niewiasta pojawia się w jego zasięgu i (co za niespotykane szczęście) również jest nim zainteresowana. Przez prawie cały odcinek kibicujesz tej miłości bez obaw, ale nagle zaczynasz czuć takie dziwne mrowienie w karku. Coś złego się zbliża. Joe robi się trochę… dziwny. I choć z całego serca chciałoby się mu kibicować, to nagle nie możesz robić tego w zgodzie ze sobą, gdy dowiadujesz się, że Joe to chory stalker, socjopata i psychopata, który skłonny jest zrobić wszystko, by kontrolować swoją „wybrankę” (a może bardziej „ofiarę”?)

Przez cały serial mamy taki dziwny dysonans. Głównie dlatego, że twórcy kreują Joego na kogoś, komu naprawdę chcielibyśmy kibicować. I któremu trochę współczujemy. Z drugiej strony – jego działań w żaden sposób nie da się usprawiedliwić. Ale nie mamy za bardzo innej postaci, którą chcielibyśmy wspierać.

Fajny serial, do odprężenia się, ale nie liczcie na spokojnie love story.

To wszystko na ten moment. Teraz oglądam „Better Call Saul”, ale jestem dopiero na drugim sezonie, więc ciężko mi się wypowiedzieć. A Wy – co na ten moment oglądacie? Koniecznie dajcie znać w komentarzu, co Wy sądzicie o finale „Gry o tron”.

Do następnego!

Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska