Przejdź do głównej zawartości

Marzec był... ciężki

Mam wrażenie, że pisanie tego tekstu nie będzie łatwym przeżyciem. No cóż. Pora uzbroić się w herbatkę, ciepły koc, włączyć moją ulubioną „emocjonalną playlistę” i zacząć moją krótką relację tego miesiąca.



Już od początku nie zapowiadało się dobrze, a katastrofa wisiała w powietrzu. Od końca lutego przyjmuję dosyć silne leki, które w jakimś stopniu warunkują moje samopoczucie fizyczne i psychiczne – niestety w dużej mierze je psują. Pierwsze dni marca zaczynały się i kończyły na bólach głowy, brzucha, mdłości, itp. Moje ciało strasznie zbierało wodę – jednego dnia ważyłam rano 59 kilogramów, a następnego dnia o 4 kilogramy więcej. Byłam „zalana” na twarzy, brzuchu, nogach i czułam się z tym koszmarnie. Mentalnie, bo nawet nie chciałam się nikomu pokazywać na oczu. Fizycznie, bo ubrania wbijały się boleśnie w ciało (zwłaszcza spodnie…), czułam się mega ciężka i (jeszcze raz) wszystko mnie bolało.


Czarę goryczy przelała mała stłuczka 7 marca przy wyjeździe z parkingu. Nic wielkiego, zdecydowanie nikt inny by tak tego nie przeżywał, ale ja prawo jazdy mam od niedawna, a na domiar złego od początku jego posiadania nie wierzę, że potrafię dobrze jeździć i się tego strasznie boję. Ta mała nieprzyjemna stłuczka tylko mnie dobiła.


Z nauką było ciężko. Zawaliłam również wyzwanie miesiąca bez słodyczy – w normalnym stanie jakoś bym się z tego podniosła i próbowała dalej, ale… tym razem nie było normalnie. Było coraz gorzej.


A ja ostatecznie prawie cały miesiąc przeleżałam, płacząc i zmagając się z negatywnymi myślami.



Wszystko przestało mieć sens. Widziałam tylko swój mizerny obraz w lusterku – zapuchniętą, ciężką, PRZEGRANĄ. Racjonalne myślenie poszło gdzieś w kąt. Wiedziałam, że tak naprawdę wszystko jest w miarę okej – fizycznie po prostu działają na mnie leki, a nic tragicznego się nie dzieje, nikt nie umarł, a życie się nie kończy… Ale ja właśnie tak się czułam – jakby życie dobiegło końca. Jakby cały jego sens po prostu zniknął, a wszystko co robię było bezcelowe.

Albo jeszcze gorzej – że tak naprawdę NIC NIE ROBIĘ.

Codziennie stawiałam sobie za cel nowe rzeczy – tyle że takie, które mnie przerastały. I byłam rozczarowana sobą. Sfrustrowana, że mi się nie udaje. „Bo jesteś zbyt leniwa. Za słaba. Za głupia.”

Myślami zapędziłam się w ciemne, bardzo ciemne strony…

Przez pół miesiąca udawałam, że nic się nie dzieje, później przerosło mnie to na tyle, że KAŻDY zaczął to zauważać. Ale przecież ja obarczałam całą winą siebie, więc nie przyjmowałam żadnej pomocy, porady. Słowa „wyluzuj się” były dla mnie bez sensu. W końcu cały ten stan wydawał mi się wynikać z mojego LENISTWA, więc ja tym bardziej powinnam się SPIĄĆ i dawać radę.

I ten stan trwał aż do 26 marca, praktycznie cały miesiąc. Czas, którego nie chcę wspominać, ale wiem, że warto o tym chociaż trochę napisać, bo każdego dopada czasem coś takiego. I może jak przeczyta, że nie jest w tym sam, to trochę zdejmie mu ciężar z barków. Mi by to trochę pomogło.



U niektórych taki stan trwa tylko jeden – dwa dni, u innych ciągnie się miesiącami albo nawet latami. Jeżeli przeradza się w głęboką depresję moim zdaniem TRZEBA skontaktować się ze specjalistą. Jednak jeżeli aż tak tragicznie nie jest, a Ty po prostu od jakiegoś czasu przeżywasz cięższe chwile, to radzę Ci pamiętać o jednym:


TO WSZYSTKO MINIE.


To złe samopoczucie nie będzie trwało wiecznie, poczucie bezsensu kiedyś się skończy. Sama próbowałam walczyć ze sobą, pokonać to siłą – na marne. Innym razem wręcz przeciwnie, po prostu się poddawałam, kładłam na łóżku i spałam, w nadziei, że jak wstanę to już tego nie będzie, że minie szybciej.


OCZYWIŚCIE, ŻE MINIE. ALE NIEKONIECZNIE BĘDZIESZ MIAŁ WPŁYW NA TO KIEDY.



Nie chcę teraz brzmieć jak znawca tematu czy psycholog, chociaż pewnie tak to wychodzi. Po prostu: to, że czujesz się źle jest normalne. Masz prawo się tak czuć, być zmęczonym, potrzebować odreagowania, nawet jeśli świadomie tego nie dostrzegasz. Przepłakałam prawie cały miesiąc, bo najwyraźniej czegoś w moim życiu było za dużo – jakiegoś ciężaru do trzymania. Dopiero teraz widzę, że potrzebowałam trafić na dno, żeby się od niego odbić. Ten tekst jest banalny, ale kurcze, właśnie to czuję, bo teraz piszę podsumowanie po kilku ostatnich dniach marca, w których mega silna motywacja i dobry humor mnie nie opuszczały. J

Końcówka miesiąca była już pozytywna, wszystko minęło, więc chyba warto zostawić ten temat i napisać coś o kilku ostatnich dniach.



21.03

Jeszcze wprawdzie w stanie „depresyjnym”, ale akurat ten dzień wspominam całkiem nieźle – zakupy na Targowisku Bakalaraska w Warszawie. Jestem zdania, że nie trzeba kupować w dużych sieciówkach, żeby wyglądać dobrze. Co prawda jakość ubrań na tego typu targowiskach czy miastowych „chińczykach” często jest słaba, nadruk potrafi się skleić lub zmyć po pierwszym praniu, ubranie jest szyte krzywo i wiele innych negatywów… dlatego trzeba uważać. Tym razem chciałam kupić proste, nadające się do każdego outfitu ubrania i wyhaczyłam całkiem ładne rzeczy w niskiej cenie (za bluzki nie dałam więcej niż 15 złotych, natomiast spodnie utargowałam za 40!)



29.03

Kolejny konkurs na podwyższenie oceny z przedmiotu -> podniesienie średniej -> stypendium. Tym razem wzięłam udział w Wojewódzkim Konkursie dla Poliglotów, który miał miejsce w Lingwistycznej Szkole Wyższej w Warszawie. Pisałam test z trzech języków – Angielskiego, Polskiego i Niemieckiego, każdy test zawierał pytania zarówno o język, gramatykę jak i kulturę danego kraju. Nie było łatwo, jednak cieszę się, że wzięłam udział. Wiem nad czym jeszcze muszę popracować. Teraz tylko czekam na wyniki. ;)
  

Pod koniec marca zaczęłam również biegać. Moja kondycja jest tragiczna, bez zatrzymania potrafię przebiec maksymalnie 2 km (!!!). Aż mnie zazdrość zżera jak czytam, że ktoś za jednym zamachem robi 5, 10 albo 15. Planuję kontynuować bieganie w kwietniu – nie codziennie, a nawet nie co dwa dni, bo bardziej lubię rower i treningi w domu. Jednak kto wie, może jak kondycja pójdzie w górę to i tę aktywność fizyczną pokocham! (Co do zdjęcia obok - tak, biegałam przed siódmą i szczerze - to był najlepszy czas jak dla mnie!)


Ostatnia rzecz o której tylko wspomnę to miesiąc „zdrowego odżywiania”, bez słodyczy, fast food’ów, itp. No cóż. Nie wyszło do końca tak jak chciałam. Mogłabym powiedzieć, że nie wyszło kompletnie, ALE jednak w porównaniu z poprzednimi miesiącami słodyczy było duuuuużooo mniej. Naprawdę!

Tak czy inaczej, wyzwanie przekładam na kolejny miesiąc, od razu zapowiadam sobie odstępstwo w Wielkanoc – inaczej babci pękłoby serce, że nie spróbowałam ciasta :D




To chyba wszystko na teraz, piszcie jak Wy spędziliście dany miesiąc, swoje przemyślenia, z chęcią przeczytam. Do następnego!

Komentarze