Przejdź do głównej zawartości

Przeczytane #2 - coś co KAŻDY powinien przeczytać!

Niektórzy książki wypożyczają. Inni kupują je, tworząc własną, domową bibliotekę. Są też osoby preferujące ebooki oraz audiobooki.

Liesel nie zalicza się do żadnej z tych kategorii. Ona od małego była… złodziejką książek.

Jak to się stało, że kilkuletnia dziewczynka poznaje swoje pierwsze słowa z „Podręcznika grabarza”, skradzionego na pogrzebie młodszego brata? Jakie wydarzenia poprowadzą ją do palonych przez nazistów stosów ksiąg zakazanych? Co przeniesie ją do biblioteki żony burmistrza? Jaki splot wydarzeń przywiedzie pod drzwi jej domu Żyda? I w końcu, czemu jej życiem tak bardzo zainteresowana jest Śmierć?

Zdecydowanie nie chcę, żeby ta opinia była spojlerem, więc nie zobaczycie tutaj odpowiedzi na te pytania. Znajdziecie je natomiast w dziele Markusa Zusaka „Złodziejka książek” – powieści, za którą zabrałam się bardzo późno i żałuję, że nie przeczytałam jej wcześniej. Żałuję również, że nie ma jej w spisie lektur obowiązkowych. Ale o tym za chwilę.

Ogólnie nie chcę, żeby recenzje pojedynczych książek pojawiały się na blogu zbyt często. Doskonale zdaję sobie sprawę, że ta forma nie jest zbyt interesująca dla większości osób. Poza tym nie umiem pisać długich, szczegółowych recenzji. Jednak w tym wypadku nie mogłam umieścić powieści Zusaka w krótkim streszczeniu. 
Wzbudziła we mnie zbyt dużo emocji.


Znacie to uczucie, kiedy historia was pochłania? Kiedy chcecie iść spać, bo wiecie, że już późno, ale po prostu nie możecie uspokoić myśli „co będzie dalej”? Kiedy żyjecie życiem bohaterów, a ich nastrój wpływa na wasz nastrój? Kiedy ostatecznie zagadujecie swojego chłopaka, mamę i siostrę na temat danej książki bez przerwy i irytujecie się, że nie czują tego co wy?


Jeżeli nie wiecie o co mi chodzi, to gdy sięgniecie po „Złodziejkę książek” z pewnością to zrozumiecie. Ta książka jest mi winna liczne nieprzespane godziny nocą i chwile „zamuły” w ciągu dnia. Chociaż zdecydowanie „jest mi winna” to złe sformułowanie. Bo ostatecznie jestem jej za to wdzięczna.

(Eh, unikanie spojlerów w recenzjach jest trudne. Nie obiecuję, że cokolwiek z tego zrozumiecie, mam ochotę na was nakrzyczeć PO PROSTU WEŹCIE TO PRZECZYTAJCIE)

Książka ta mnie wzruszyła, do tego stopnia, że w niektórych momentach potoki łez były nieuniknione. Zmusiła mnie też do refleksji na temat życia, śmierci, istoty bycia człowiekiem... To chyba przede wszystkim.


„Najgorzej ze sprawiedliwą oceną. Chciałem ją zapytać, jakim sposobem te same rzeczy mogą się wydawać równie obrzydliwe i równie wspaniałe, dlaczego te same opowieści bywają równie wstrętne i równie cudowne.”



Poza tym na tych niespełna 600 stronach poruszone były też inne ważne zagadnienia – mowa o przyjaźni, miłości, rodzinie, zaufaniu. Pewnie części z was taka tematyka kojarzy się z polskimi autorkami lektur dla młodzieży (która swoją drogą nigdy mi się nie podobały, w żaden sposób nie potrafiły mną poruszyć). Sama, czytając ten opis, mogłabym odnieść takie wrażenie. Jednak nic bardziej mylnego. Różnica polega na tym, że „Złodziejka książek” nie jest w żadnym stopniu tak… delikatna, tak ostrożna, ani jednoznaczna.
„Drobna uwaga. Na pewno umrzecie.”
Śmierć jest brutalna, krew nie jest cenzurowana, a uczucia można faktycznie… poczuć.

Z jednej strony Zusak pisze bardzo poetyckim stylem. Zdania, które znajdziemy na kartkach książki są często udostępniane w formie cytatów na Tumblr, Instagramie czy Facebooku – niekoniecznie każdy wie skąd pochodzą.


„Najpierw kolory.

Potem ludzie.

Tak to widzę.

A przynajmniej próbuję.”




Z drugiej strony narratorem „Złodziejki książek” jest śmierć. Tajemnicza, ciekawa myśli i uczuć ludzi. Często opowiada żarty, bawi się słowami dla uciechy czytelnika, który przez chwilę może mieć wrażenie, że historia robi się lekka, przyjemna… I nagle trafia w niego, że dowcip dotyczy Hitlera i Holocaustu. I nagle przestaje być tak lekko. Szok.


„BYŁ SOBIE raz dziwny mały człowieczek, który podjął trzy ważne życiowe decyzje:

1. Zrobił sobie przedziałek po innej stronie niż wszyscy.

2. Zapuścił sobie mały kanciasty wąsik.

3. Postanowił, że zdobędzie władzę nad światem.”




Czuję drobne rozgoryczenie, że nie przeczytałam jej od razu po wydaniu w Polsce. Zawsze było coś innego. I w ten oto sposób pochłonęłam masę beznadziejnych książek, które zabijały czas, a nie wnosiły nic do mojego życia. Opowieść o Liesel, nawet jeżeli nie podała mi odpowiedzi na tacy, to pozwoliła dostrzec i zadać sobie odpowiednie pytania.


„Ale czy słuchanie własnego strachu jest tożsame z tchórzostwem? Czy tchórzostwem jest radość z tego, że żyjemy?”


Większe rozgoryczenie czuję jednak, gdy myślę o spisie lektur w szkołach. Jest to lista książek, które w większości nie potrafią zainteresować młodego odbiorcy, które nie trafiają w realia dzisiejszego świata i które są po prostu nudne i trudne (a nauczyciele nie zawsze potrafią z tego wybrnąć i mimo wszystko przykuć uwagi uczniów)




„Złodzejka książek” jest trudna. W końcu mówi o wojnie.
„Nadlatywały bomby - a wraz z nimi i ja.”
I mówi o śmierci.
Ale uważam, że jest napisana takim stylem, tak cudownie opowiedziana, że każdy uczeń siedziałby na przerwie na korytarzu z książką w ręce.





Mam ochotę krzyczeć na ludzi, żeby się otrząsnęli, gdy widzę, jak większość półek w księgarniach ugina się pod ciężarem „50 twarzy Gray’a”. Większość zapytanych na ulicy osób pewnie odpowiedziałoby, że to zna – było w kinie, czytało książkę, może całą trylogię. Podczas gdy takie powieści jak „Złodziejka książek” znane są nielicznym. A przecież jest i film! (moim zdaniem zdecydowanie spłycony, książka stokrotnie ciekawsza, ale lepsze to niż nic)

Także, zachęcam was bardzo do zapoznania się z dziełem Markusa Zusaka. Zachęcam, proszę, błagam właściwie. Jestem zagorzałym czytelnikiem od dawna, liczba „przeczytanych” to zdecydowanie kilka setek… Jednak nie kojarzę książki, która poruszałaby mnie tak bardzo, o której myślałabym tak długo po przeczytaniu. Warto to mieć na uwadze.


Do następnego!

Komentarze

Prześlij komentarz