Przejdź do głównej zawartości

Moje pierwsze wrażenia z Wrocławia!

Wrocław jest jednym z tych miast Polski, które chciałabym poznać bardzo dokładnie. Póki co zdarzyło mi się odwiedzić go dwa razy – raz przejazdem, bo miałam tam przesiadkę na pociąg (wakacje w Górach Stołowych). Drugi raz byłam tam w ostatnią środę, 14 czerwca. Co zobaczyłam, czy mi się podobało? Zaraz opowiem.

Tylko nadmienię jeszcze, że ten tekst będzie trochę inny. Chciałabym (chociaż ten jeden raz) nie przesadzić z ilością tekstu, bardziej postawić na fotorelację. Po przeczytaniu – dajcie znać w komentarzu co o tym sądzicie!


Czemu tak w ogóle wybrałam się do Wrocławia? Powód jest banalny – wycieczka klasowa. Jestem za nią wdzięczna, bo może gdyby nie to, czekałabym na odwiedzenie tego miasta kolejne miesiące… lub lata. Z mojej miejscowości (50 km na zachód od Warszawy) do Wrocławia jedzie się samochodem około 3 godziny. Jako że nie planowaliśmy noclegu, chcieliśmy wyruszyć jak najwcześniej, żeby więcej zobaczyć. Z tego powodu już o 4:30 byłam na nogach... O 5:40 autobus wyruszył.


Po powyższych zdjęciach bardzo widać moje niewyspanie. Ale od czego są filtry ze snapa!

W autobusie, po trzech baaardzo niewygodnych godzinach (mało miejsca, twarde siedzenie, grr!!), dopadł mnie okropny ból głowy, który towarzyszył mi aż do samego końca wycieczki. Nie dajce się zwieść temu uśmiechowi – robiłam dobrą minę do złej gry. Tak naprawdę miałam ochotę krzyczeć i pogryźć wszystkich wokoło.

Pierwszy przystanek we Wrocławiu – ZOO. Trzy godziny w ZOO. Trzy godziny, w ciągu których… czułam się jak mały dzieciak :) Poważnie, biegałam od słonia do żyrafy, od pingwina do papugi i rozdziawiałam buzię szeroko na widok każdego. Z tego chyba nigdy nie wyrosnę.


Tylko ja potrafię zrobić sobie zdjęcie z żyrafą i uciąć jej głowę – brawo Patrycja! Dla niezorientowanych, na pierwszym zdjęciu mamy fokę, a na ostatnim zdjęciu tak śmieszną rybkę, że nie mogłam przejść obok niej obojętnie.

Mam też zdjęcie dwóch żółwi w dosyć... niecenzuralnej sytuacji. Ale chyba jest jakaś granica dobrego smaku i może lepiej je sobie tutaj odpuszczę.


Nie byłabym też sobą, gdybym nie zrobiła zdjęć „Nemo” i „Dori”. Wieczny dzieciak ze mnie, co ja na to poradzę :D Środkowe zdjęcie w pomieszczeniu o tak zwanym „klimacie tropikalnym” – czyli strasznie gorąco i wilgotno. Uchwyciłam też Paulinkę – chciałaś być na blogu, to jesteś, pozdrawiam! (czytaj dalej, jeszcze się pojawisz)

Jedynym (ale za to ogromnym) minusem całego spaceru po ZOO… Była ogromna ilość ludzi, zwłaszcza małych, krzyczących dzieci. Do niektórych miejsc w ogóle nie dało rady podejść. Ale cóż – z założenia jest to miejsce przeznaczone dla młodszych, szczyt sezonu wycieczkowego, więc dzieci nie mam zamiaru tu winić.

Nagana należy się tak naprawdę komuś innemu. Pewna pani, taka typowa Karyna, weszła do Oceanarium i tak jak każdy, robiła zdjęcia rybkom. Jednak, mimo wyraźnego zakazu używania flesza, wolała przykładać telefon do szybki i napieprzać bogu ducha winnym rybkom po oczach z lampy błyskowej. Szła z dwoma córkami, które robiły to samo. Stukanie po szybce również (mimo znaków zakazujących) nie było im obce. Patrząc na to myślałam, że wyjdę z siebie i staną obok. Flesz z ich telefonu mnie oślepiał – a co dopiero zwierzęta. Szczęśliwie, któryś z przewodników oprowadzających wycieczkę przedszkolną, zwrócił im uwagę. Droga pani bynajmniej nie ukorzyła się, ani nie przeprosiła – zamiast tego miała pretensje i odeszła oburzona tym, że ktoś zwrócił jej uwagę. No cóż…


Po ZOO czekał nas obiad w restauracji, zamówiony wcześniej, żebyśmy nie musieli czekać na posiłek tylko zjedli i od razu szli zwiedzać. Niestety – był to straszny niewypał. Napoje wyniesiono nam w plastikowych kubeczkach na dwór jeszcze zanim przyszliśmy, w tym czasie potopiło się w nich pełno muszek. Rosół na pierwsze danie dostaliśmy w tak małym „kubeczku”, że każdemu zrzedła mina. Wykończeni po trzygodzinnym spacerze liczyliśmy na porządny, sycący posiłek – a zapowiadały się na dziecięce porcje… Drugie danie wcale nie było większe, ponad to Ci, którzy zamawiali ziemniaki dostali frytki, bo cytuję: „nie mamy więcej, tyle było zamówione porcji z ziemniakami, reszta idzie frytek”. No nie bardzo, nauczycielka miała listę kto co zamawiał i czarno na białym było widać, że nas oszukano. Ale szkoda było czasu się wykłócać.


Z obiadu pieszo przeszliśmy na przystań, żeby do Starego Miasta przepłynąć po Odrze promem pasażerskim. Całkiem fajna sprawa. Na Starym Mieście czekał już na nas przewodnik, z którym najpierw poszliśmy zobaczyć Panoramę Racławicką, a następnie zwiedzić jak najwięcej Wrocławia. Opowiadał o historii, budynkach, pomnikach i krasnalach. Za dużo, żeby opowiadać o tym tutaj, jednak polecam się zainteresować. Każde miasto posiada swoją historię i pełno ciekawostek, które warto znać, choćby po to, żeby się później popisać przed znajomymi.



 Na zdjęciach kilka bardzo charakterystycznych rzeczy we Wrocławiu – budynek Muzeum Narodowego, Most Tumski z „kłódkami miłości” (sama nie jestem zwolenniczką takich rzeczy, ale jeżeli ktoś uważa, że to przejaw romantycznej miłości… no okej) i krasnal!



Po zwiedzaniu czas wolny. Mnóstwo selfie, zachwyt starymi, kolorowymi budynkami, słuchanie „ulicznych grajków” (Ci ze zdjęcia grali naprawdę dobrze, jeżeli można posłuchać ich gdzieś w Internecie to dajcie znać) i lody na osłodę dnia – sorbet śliwkowy, mmm! Licznik kroków pokazał rekordową liczbę 20 000, yay!












Zwiedzanie zakończyłam pozytywnym akcentem - śpiąc w autobusie całą drogę. Ogólnie Wrocław pozostawił po sobie miłe wrażenie. Mam szczególny sentyment do Warszawy i Lublina,… a od teraz też do Wrocławia. Obym tam wróciła, bo zdecydowanie mało mi zwiedzania.



Do następnego!

Komentarze