Przejdź do głównej zawartości

Droga do SAMOAKCEPTACJI

,, Mam grube uda. Proporcjonalnie za duże w stosunku do całego ciała. Zawsze tak miałam.”
,, Jestem wysoka – ZA wysoka. Wiele osób mówiło mi, że nie powinnam nosić obcasów. Nie mogę znieść mojego wzrostu. Chciałabym urodzić się niska.”
,, Chciałabym mieć mniejsze stopy. Proste palce u rąk, a nie długie i krzywe.”
,, Nie pasuje mi mój nos.”
,, Czuję wstyd z powodu rozstępów na całym ciele.”
,,Nie lubię siebie.”
,, Czuję wstyd gdy patrzę na siebie”
,, Mam siebie dość”
,,Chciałabym wyglądać inaczej… być kimś innym”


JAK STAĆ SIĘ ATRAKCYJNIEJSZYM?
Samo napisanie tych kilku zdań było dla mnie ciężkie. Nie wyobrażam sobie jak mogłam powtarzać to sobie w myślach, każdego dnia, za każdym razem gdy stanęłam przed lustrem… lub nawet częściej. Tak czułam się jeszcze niedawno.
Ale wiecie co? Zmęczyłam się nienawiścią do siebie. I postanowiłam z tym skończyć. Nic się w moim wyglądzie nie zmieniło – oczywiście chodzi mi o drastyczne zmiany, bo naturalne jest, że każdy z nas zmienia się odrobinę z dnia na dzień. A mimo to prezentuję się dużo lepiej – miłość do własnego ciała odbija się w moim postrzeganiu samej siebie, ale także w tym, jak widzą mnie inni. Jak stać się atrakcyjniejszym od zaraz? Uwierzyć, że jest się atrakcyjnym.





SMUTNE HISTORIE SMUTNEGO CZŁOWIEKA
Wróćmy jeszcze na chwilę do nienawiści wobec własnego wyglądu. Muszę przyznać, że zawsze ją czułam. Nie wiem co na to wpływało, czynników mogło być wiele: szkoła, telewizja, rodzina, znajomi… Ostatecznie jednak nikogo nie obwiniam, jestem zdania, że nic nie może na Ciebie wpływać jeśli sam na to nie pozwolisz.
However, skończyło się na tym, że zawsze czułam się „nie tak”. Dziwna. Inna. Gorsza. Brzydsza. Z drugiej strony – jestem ambitna. Gdy tylko uświadomiłam sobie, że czuję się źle – zapragnęłam zmiany.

Ale zamiast zmienić to „złe uczucie” jako pierwsze… zaczęłam od zmiany wyglądu. Z bardzo złych pobudek – z nienawiści do własnego „ja”.
Nie po to, żeby wyglądać ładniej i czuć się lepiej. Tylko po to, żeby nie wyglądać AŻ TAK ŹLE. Rozumiecie różnicę?

Początki były proste i wydawały się nieszkodliwe. Wyleczenie trądziku? W porządku! Zmiana okularów na soczewki? No okej! Tylko problem w tym, że ja wciąż nienawidziłam siebie. Wybrakowana. Gorsza. Brzydsza. Co z tego, że z biegiem czasu wyglądałam dużo lepiej – moje myślenie nie zmieniło się ani trochę. Miałam kilka podejść do odchudzania. W wieku 17 lat liczenie każdej kalorii okazało się dla mnie „dobrą” drogą. I codzienne treningi, dużo ruchu, przecież to zdrowe nie?
-5 kg. Wciąż czuję się brzydko i grubo.
-10kg. Niedowaga. Wciąż czuję się brzydko… i grubo.
-15kg. Wychudzenie. Strach przed jedzeniem, bo… wciąż czułam się brzydko i grubo.

Zniszczone zdrowie, kłótnie z najbliższymi mi osobami, utrata kontroli nad własnym życiem… czy to było tego warte?

„CZUĆ” A „BYĆ”

Słowo klucz „czuję się” odkryłam dopiero teraz, gdy waga wróciła do normy, a ja przez cały okres odzyskiwania kilogramów (i zdrowia fizycznego) musiałam zmagać się z błędami w mojej psychice.
Uczucia nie zawsze są zgodne z rzeczywistością. To, że czujesz się gruba nie oznacza, że jesteś gruba. Oznacza ni mniej, ni więcej niż to, że się tak czujesz – a przez to dodatkowo czujesz się niepewnie, smutno, źle.
Czułam się gruba przed odchudzaniem. Czułam się gruba, gdy miałam niedowagę zagrażającą życiu. Mogłabym czuć się gruba teraz. Ale się taka nie czuję.








DOBRA WIADOMOŚĆ? MASZ WPŁYW NA TO, CO BĘDZIESZ O SOBIE MYŚLAŁ

I tylko TY SAM masz na to wpływ, Twoja wewnętrzna siła i potrzeba. Dla kogoś może to być dobra wiadomość, jednak z własnego doświadczenia wiem, że dla większości jest to utrudnienie wszystkiego.
Bo przecież łatwiej jest mówić sobie „będę czuła się lepiej jak schudnę 10 kilo” czy „będę kochała swój wygląd, gdy będę miała kratę na brzuchu”. No… nie bardzo. Odsuwamy w ten sposób problem od siebie. Zrzucamy winę na Bogu ducha winne ciało, gdy tak naprawdę trzeba zaczynać od własnego myślenia. Gdy osiągniemy upragniony cel, przy którym mieliśmy czuć się „atrakcyjni” – tworzymy kolejne wymagania.
A co gdyby najpierw pokochać siebie, tak po prostu? Spróbować inaczej? Bez oszukiwania, bez potępiania.
Spojrzeć na siebie z perspektywy drugiego człowieka – czy gdybym zobaczył kogoś takiego jak ja na ulicy, też oceniłbym  go tak negatywnie? Przecież powinniśmy być swoimi najlepszymi przyjaciółmi. Czy będąc nimi, tak bardzo byśmy się potępiali?

A co jeśli Ci powiem, że… wygląd to nie wszystko? Wiem, odkryłam Amerykę, ale czyżbyś w tej całej spirali nienawiści do siebie przypadkiem o tym nie zapomniał?
Zmuś się do tego, żeby spojrzeć na siebie z miłością. Bo z ręką na sercu – zasługujesz na nią jak każdy. I nie musisz szukać sposobu na samoakceptację gdziekolwiek indziej niż w swoim myśleniu. Bez wymówek, bez usprawiedliwiania w stylu „ale ja mam tyle wad, Tobie to łatwo”. Wcale nie tak łatwo, przecież wypisałam Ci co nieco na wstępie tego tekstu.
Jedyny sposób w jaki możesz wszystko ułatwić – to zacząć. I zmusić się do kochania samego siebie.





ZACHOWAĆ RÓWNOWAGĘ
Jestem jak najbardziej za „body positive” dopóki nie próbuje się promować tym złych, niezdrowych wzorców – otyłości lub wygłodzenia. A także dopóki nie podnosi się swojego poczucia wartości kosztem innej osoby (w stylu „prawdziwe kobiety mają kształty”).  Uważam, że każdy ma prawo (i obowiązek?) do tego, żeby czuć się dobrze w swoim ciele.
Z drugiej strony jestem ambitna i uważam, że jeśli można coś poprawić – to czemu tego nie robić. Kocham jeść zdrowo, sporo się ruszam i czasami ćwiczę. Tym tekstem nie próbuję nikogo zniechęcać do dbania o siebie. Jednak motywacją do zmian powinna być właśnie chęć zadbania o swój wygląd w pozytywnym znaczeniu, a nie nienawiść. Wszystko z rozsądkiem.

Do następnego!

Komentarze

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

5 grzechów blogera! Jak blogować, by ktoś nas czytał?

To już setny wpis na tym blogu! I choć ostatnimi czasy moja aktywność tutaj ogranicza się do jednego wpisu tygodniowo, to spokojnie - jestem, żyję. I w dalszym ciągu obiecuję, że częstotliwość pisania się poprawi. Mam burzliwy i bardzo wymagający czas w życiu, musicie mi wybaczyć.

Piszę bloga od 1,5 roku. Napisałam 100 tekstów. Nie jest to liczba zaskakująca, choć przyznaję, że powoli zaczyna napawać mnie dumą. Przez ten czas jednak popełniłam masę błędów, które widzę już teraz. Niektóre poprawiłam, z innymi dalej staram się walczyć.

W błędach nie ma nic złego - w końcu nikt mnie blogowania nie nauczył! Nikt nie odpowiedział na pytania: Jak blogować? Jak się promować? Jak zebrać grupę lojalnych czytelników? Ja postaram się dzisiaj, na własnym doświadczeniu, odpowiedzieć na pytanie: Jak NIE blogować? Czego uniknąć, żeby nie zaliczyć totalnej blogowej klapy.

Oto 5 grzechów głównych blogera!1. Nieregularne pisanie

Oj... najgorsze z przewinień, którego dopuszczam się cały czas. Bo nie mam…

10 rzeczy, na które warto wykorzystać wakacje (+konkurs!)

Przede mną długie miesiące wakacji. W zasadzie już jeden z nich mi zleciał, sama nie wiem kiedy. Jako tegoroczna maturzystka spotkał mnie w końcu przywilej czterech miesięcy wakacji! Póki co ich przebieg jest dość schematyczny, o czym mogliście przeczytać chociażby w podsumowaniu: 7DNI. Ale nie przesądzajmy, że reszta również taka będzie. Mam nadzieję, że do października uda mi się zrealizować, prócz pracy, jeszcze jakiś wakacyjny "goal".


A nawet jeśli nie - chciałabym podzielić się z wami moimi pomysłami na ciekawą aktywność wakacyjną. Na co wykorzystać te dwa (a dla niektórych więcej) miesiące swobody? Zapraszam do czytania wszystkiego, a dla niecierpliwych  tytułowy konkurs znajduje się na samym dole!

Nauka języka obcego

Jedna z lepszych rzeczy, które można zrobić w wakacje! Sama planuję rozpocząć coś od lipca (jeśli starczy mi czasu, bo wiadomo jak to z planami bywa). Możemy uczyć się angielskiego, niemieckiego lub... spróbować z czymś bardziej egzotycznym! Może arabski? …

7DNI - Pani redaktor opowiada o tym, jak zmieniła się w LENIA

Nie umiem w tytuły. Zawsze przy podsumowaniach tygodnia muszą wyjść jakoś dziwnie. Nic nie poradzę - w końcu treść się zgadza.

Zmieniłam się w olbrzymiego, śmierdzącego leniuszka. Przeglądam instasia, fejsbusia, oglądam "The Vampire Diaries". I coraz bardziej zapominam, że wystartowałam w maratonie i muszę zmierzać do mety, zamiast popijać co chwilę kawkę i się relaksować.


Ale to jest właśnie problem długiego, ambicjonalnego maratonu, jakim jest życie. W końcu nadchodzi moment zmęczenia i potrzeba zatrzymania się na moment. Mój postój teraz musi się skończyć, w przeciwnym wypadku zawalę kilka niesamowicie ważnych projektów. A wygrzebać się z problemów będzie dużo trudniej niż zapobiec im w tym odpowiednim momencie.

Ale to już kwestia przyszłości. A co wydarzyło się u mnie na przestrzeni ostatnich kilku dni?

Numer jeden - jestem panią redaktor, teraz już oficjalnie. Piszę o czymś, o co nikt nie mógłby mnie posądzać (ja sama nie sądziłam, że kiedyś będę się wypowiadała na takie…