Przejdź do głównej zawartości

Czemu nauka angielskiego w szkole NIE DZIAŁA?

Nie jestem nauczycielem, profesorem, nikim zawodowo związanym z edukacją. Jestem (a właściwie byłam) uczniem, dopiero co skończyłam szkołę średnią, a w październiku zaczynam studia.

Ale  mogę powiedzieć z pewnością: jeśli system zakłada naukę angielskiego od zerówki do końca edukacji, czyli jakieś 13-14 lat, a mimo to wciąż większość uczniów nie osiąga wysokich wyników, a nawet nie potrafi się po ludzku porozumieć - to jest to tragicznie zły system. Bo idąc do szkoły językowej, na studia filologiczne lub wykonując dobry kurs (nawet samodzielnie) - jesteście w stanie dojść do perfekcji językowej w dużo szybszym czasie. Jakieś 3-4 lata, żeby zdawać najtrudniejsze egzaminy państwowe, choć umiejętność swobodnej komunikacji zdobylibyście pewnie po kilku miesiącach.

Szalone, co?

Choć dla mnie - bardziej irytujące. Wałkowanie tych samych zadań, tych samych czasów, tych samych zagadnień przez kilkanaście lat. Absolutne ignorowanie tego, że niektórzy nie rozumieją podstawowych słów. I w drugą stronę - że niektórzy zwyczajnie nudzą się na lekcjach, bo to nie jest ich poziom.

Zwyczajnie nie potrafię popierać tego systemu edukacji. W jednym z moich planów do zrealizowania przed 30. urodzinami podałam nauczenie się płynnie kolejnego języka. I gdybym miała uczyć się go metodą szkolną, to nie miałabym szans na zdążenie w terminie!

 

Czy to wina nauczycieli? Czy to leniwi uczniowie? Właściwie można by powiedzieć, że oba. Ale z drugiej strony - żadne z nich. Winowajcę przedstawiłam po imieniu w tym tekście już kilka razy. To system edukacji. To zasady, które są złe, a których kurczowo trzymamy się od lat. Postanowiłam ujawnić kilka z nich. Bo chociaż ja już nigdy nie będę "uczniem", to część z was jeszcze jest. I przyjdą następne pokolenia i następne. I dla was, i dla nich ten system musi się zmienić. Ja nie mam bezpośredniego wpływu na to, czy cokolwiek zostanie zmienione. Ale głupotą jest ignorować problem, bo nawet samo wytknięcie palcem błędów wywiera jakiś nacisk i porusza kołowrotkiem zdarzeń. A więc...

Co w nauce angielskiego w szkole jest złe?

Po pierwsze - zaczynanie nauki od dupy strony

Każdy z nas nauczył się perfekcyjnie komunikować w jednym języku - naszym ojczystym. I gdy mówię perfekcyjnie nie chodzi mi o poprawność, składnię czy gramatykę (bo z tym często jest jednak problem), ale o umiejętność wyrażenia w każdej sytuacji tego, czego się chce. Początkowo są to pojedyncze słowa: mama, pić, jeść, spać, itp. Głównie żądania - tak, żeby móc swoimi słowami osiągnąć odpowiedni cel. Podobnie powinno być na starcie w języku angielskim. Przede wszystkim przekaz. I przede wszystkim - mówienie.

Dzieci najpierw uczą się mówić, a dopiero potem pisać. Uczą się mówić ważne rzeczy (chcieć jeść, pić), a dopiero potem formułować je poprawnie i w dłuższym zdaniu (mamo, daj mi pić). W typowo szkolnej nauce języka zaczyna się całkowicie na odwrót. Mam siostrę cioteczną, która chodzi do szkoły podstawowej i od małego pomagam jej w angielskim, także mam na to pogląd. Dziecko uczy się kolorów, nazw zwierząt, już w pierwszych latach ma przyswoić kilka czasów. Ale wszystko bez kontekstu i głównie na papierze.


A przez to, że dzieci nie mówią po angielsku od samego początku nauki, później mają z tym duże problemy i uważają to za najgorszą karę. A przez to, że nauczyły się setki słówek i nazw czasów, a niekoniecznie ich codziennego zastosowania - nie potrafią wyrażać się w innym języku.

Bez mówienia daleko nie zajdziemy...

Nauczyciel powinien "zmuszać" dzieci to komunikowania się w języku angielskim. On powinien mówić po angielsku, jak najprostszym językiem, pojedynczymi słówkami i krótkimi zdaniami. Tak, jakby mówił do niemowląt. Bo tyle rozumieją dzieci, które dopiero zaczynają - tyle samo, co angielskojęzyczne niemowlęta. I powoli, stopniowo rozwijać tę komunikację. A potem, tak jak to się robi w polskiej szkole na lekcji polskiego, dopiero po opanowaniu komunikacji w języku, tłumaczyć jego zasady. Tłumaczyć, że to jest present simple, a to present continuous, a tamto nosi profesjonalną nazwę strona bierna. Wcześniej nikomu to niepotrzebne.

A naprawdę, znam przypadki osób, które w szkole średniej zamiast "he" czytały "she", a zamiast "with" czytały "witch". Bo żaden nauczyciel nie rozmawiał z nimi na co dzień, a jedyne czego wymagał, to uzupełnienia czasowników w zdaniu w dobrej formie (czasem nawet bez zrozumienia danego słowa dało się je uzupełnić)

Powtarzanie tematów, rozwlekanie tematów, brak podziału na odpowiednie grupy...

Ostatni problem, który dzisiaj przytoczę, zacznę od pytania - dlaczego zawsze nauka języka w grupie jest uśredniana? Dlaczego naukę języka dzieli się na klasy, a nie na zaawansowanie umiejętności? W podstawówce nie miałam żadnego podziału (bo w zasadzie wtedy nikt nas niczego nie nauczył), w gimnazjum podział jest klasowy - na dwie grupy. W technikum miałam podobnie. Ale to również jest za mały i za słaby podział.

Znałam osoby, które w 4 klasie technikum miały zaległości jak stąd do Moskwy. A nauka języka (zwłaszcza języka angielskiego) to tak ważna kwestia w dzisiejszym świecie, że moim zdaniem nie powinno się jej lekceważyć. I jeśli ktoś poziomem wiedzy jest zgodny z pierwszą klasą - to powinien uczyć się materiału z pierwszą klasą, a nie z lekko słabszymi czwartoklasistami. Co z tego, że kilka osób w grupie ma zajawkę na języki, jak poziom grupy jest uśredniony i przez to są skazani na nudę. I co da osobom bardzo słabym przynależność do trochę lepszej grupy - prócz ogromnej frustracji i niemożliwości dogonienia peletonu?

Tematy się powtarza, żeby słabsi mogli nadgonić. Tematy się rozwleka, żeby przewidziany program został odpowiednio wypełniony. Sprawdziany robi się trudniejsze, więc lepsi mają chwilowe wyzwanie, ale reszta jest przez to przerażona nauką języka. Z nikim się nie rozmawia, nie przygotowuje do normalnego życia z drugim językiem, w wyniku czego uczeń, gdy obcokrajowiec zapyta go o drogę, szybko pokaże paluchem kierunek zamiast grzecznie otworzyć buzię. Bo będzie się bał, bo nikt nigdy nie nauczył go poprawnie mówić.

I nikt nie pokazuje, jak wiele korzyści może nieść nauka obcego języka - więc również, nauka szkolna to nauka bez wewnętrznej motywacji. Ale o tym już w innym tekście.

Jeśli interesuje cię podobna tematyka, sprawdź:

1. Jak czytać więcej i szybciej?
2. Złe sposoby nauki, których... uczą nas w szkole!
3. Moje ulubione APLIKACJE do NAUKI

I... do następnego! 
Odwiedź mnie na FACEBOOKU, INSTAGRAMIE oraz snapchacie: indioska

Komentarze

  1. Masz zupełną rację! Sama nigdy nie opanowałam nauki żadnego języka ani w szkole podstawowej, ani w gimnazjalnej. Dopiero w Liceum trafiłam na bardzo wymagającą, ale również zakochaną w języku nauczycielkę + zabrałam się za naukę samodzielnie, w domu. W ten sposób opanowałam angielski w dwa lata na takim poziomie, by móc się swobodnie komunikować, choć nie mogłam tego osiągnąć przez poprzednie kilka(naście?) lat w szkole :( Mnie również system nie odpowiadał, nie pomagał w nauce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja podczas jednych wakacji w gimnazjum zaczęłam uczyć się sama angielskiego (bo marzyłam o porozmawianiu z jednym muzykiem, który oczywiście nie mówi po polsku). Wtedy nauczyłam się najwięcej i zakochałam się w tym języku, i ogólnie nauce języków! :) Przez kilka dobrych lat nauczyciele nie potrafili mnie zachęcić do nauki. System zdecydowanie nie pomagał ;)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty z tego bloga

7DNI - Pani redaktor opowiada o tym, jak zmieniła się w LENIA

Nie umiem w tytuły. Zawsze przy podsumowaniach tygodnia muszą wyjść jakoś dziwnie. Nic nie poradzę - w końcu treść się zgadza.

Zmieniłam się w olbrzymiego, śmierdzącego leniuszka. Przeglądam instasia, fejsbusia, oglądam "The Vampire Diaries". I coraz bardziej zapominam, że wystartowałam w maratonie i muszę zmierzać do mety, zamiast popijać co chwilę kawkę i się relaksować.


Ale to jest właśnie problem długiego, ambicjonalnego maratonu, jakim jest życie. W końcu nadchodzi moment zmęczenia i potrzeba zatrzymania się na moment. Mój postój teraz musi się skończyć, w przeciwnym wypadku zawalę kilka niesamowicie ważnych projektów. A wygrzebać się z problemów będzie dużo trudniej niż zapobiec im w tym odpowiednim momencie.

Ale to już kwestia przyszłości. A co wydarzyło się u mnie na przestrzeni ostatnich kilku dni?

Numer jeden - jestem panią redaktor, teraz już oficjalnie. Piszę o czymś, o co nikt nie mógłby mnie posądzać (ja sama nie sądziłam, że kiedyś będę się wypowiadała na takie…

30 rzeczy, które pragnę osiągnąć przed 30!

Zacznijmy (jak zawsze) od krótkich wyjaśnień.

Ten tekst miał się pojawić lekko ponad miesiąc temu. Wtedy była ku niemu szczególna okazja - moje 20 urodziny. A na zrealizowanie poniższej listy byłoby równiutko 10 lat. Trochę mi jednak nie wyszło, cały czas mam jakieś nieprzewidziane "obsuwy", więc wybaczcie!

Fajnie jest mieć jakiś plan. W moim wypadku nadanie przyszłości konkretnych celów i spisanie ich w punktach działa motywująco. Jeśli coś nie zostało spisane (a tym bardziej - ogłoszone publicznie!), dużo łatwiej jest mi się z tego zrezygnować, zapomnieć lub wytłumaczyć przed samą sobą, że aż tak bardzo to mi nie zależy. A zazwyczaj zależy, tylko lenistwo bierze górę.


Cele stawiam sobie na początku każdego kolejnego roku, wraz z jakąś istotną zmianą w życiu i nawet na początku każdego kolejnego tygodnia. Zazwyczaj nie miałam dłuższego "biznes planu". Tym razem okres realizacji to 10 lat. Cholernie dużo czasu - choć pewnie pod koniec będę miała wrażenie, że minęło…